Dixie, czyli ludzie Południa

foto: Paul A. Hernandez, licencja CC BY 2.0 via Flickr.com
foto: Paul A. Hernandez, licencja CC BY 2.0 via Flickr.com

Południe Stanów – Dixie – jest od zawsze patriotyczne, konserwatywne, bogobojne i ze wszech miar tradycyjne, porządne i dobrze ułożone. Szczególnym szacunkiem mieszkańców otaczana jest flaga Konfederacji, pod którą ginęli w wojnie secesyjnej jej dzielni żołnierze. I miarą szczerego przywiązania południa USA do swoich korzeni jest właśnie eksponowana wszędzie z dumą flaga.

Co to jest Dixie ?

Grany przez Toma Hanksa bohater kultowego filmu „Forrest Gump”, reż. Roberta Zemeckisa (1994, 6 Oscarów), to rodowity mieszkaniec Alabamy, czyli Dixie. Pamiętamy jego dziwactwa i śmieszne powiedzonka. I nie lubił, gdy używano przy nim „brzydkich wyrazów”, lub gdy ktoś kłamał. Reżyser celowo wyposażył w takie cechy tytułowego bohatera, chcąc pokazać typowego mieszkańca południa Stanów. Z jego hierarchią wartości i cechami mentalnymi.

Film został bardzo ciepło przyjęty w USA. Prócz epickich opisów kolejnych zdarzeń z życia bohatera, znalazły się także wątki romansowe i emocjonalne. Pokazana została także wojna w Wietnamie, którą widzimy oczami przeciętnego poborowego pochodzącego z Południa. Postacie żołnierzy, rdzennych Południowców, pamiętamy z równie słynnego obrazu Francisa Forda Coppoli „Apocalypse now” (Czas Apokalipsy, 1979).

Oglądając film, zwróciłem uwagę na jeszcze jedną rzecz: na pięknie pokazaną przyjaźń łączącą Forresta z czarnym „Bubbą”, Benjaminem Buffordem, który godzinami mógł opowiadać o krewetkach. Choćby tylko na tym przykładzie widać, że „rasistowskie Południe” zostało wymyślone przez „lewacką” Północ (inna rzecz, że biali mieszkańcy Dixie nie zawsze byli nieskazitelni).

Dziś obszar Dixie rozciąga się na Alabamę, Arkansas, Florydę, Georgię, Karolinę Południową i Północną, poprzez Kentucky, Luizjanę, Maryland, Missisipi, Oklahomę, aż na Teksas, Tennessee, Wirginię i Wirginię Zachodnią.

Pochodzenie nazwy Dixie jako synonimu południa USA nie jest całkiem jasne, ale najczęściej podaje się, że określenie to wywodzi się od popularnej nazwy banknotów 10-dolarowych, emitowanych przez banki Luizjany. Większość amerykańskiego Południa znajdowała się pod silnymi kulturowymi wpływami francuskimi. Utrwaliły się one np. w toponimach. A wracając do wątku monetarnego – nazwa banknotu pochodzi od nominału w jęz. francuskim – „dix” (dziesięć). Z czasem znaczenie słowa Dixie rozszerzyło się na określenie mieszkańców Nowego Orleanu i Luizjany. A potem  przylgnęło do wszystkich mieszkańców Południa.

foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com
foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com

Kosmiczne Dixie

Alabama, jako przeciętny stan Południa, był stanem o typowo farmerskim, rolniczym obliczu. Tak było przynajmniej do zakończenia II wojny światowej. Tradycyjną uprawą była bawełna, której zbiorem od pokoleń zajmowali się sprowadzani w XVIII w. siłą murzyni. Pracowali na latyfundiach, których właścicielami były angielskie lub francuskie rody arystokratyczne. Uprzemysłowienie przyszło znacznie później.

Alabama jest raczej nieduża, jej powierzchnia jest prawie 3 razy mniejsza od Polski, ludność liczy ok. 4,5 mln mieszkańców, z tego 25 proc. to murzyni (lub polit-poprawnie: Afroamerykanie). Mało kto u nas wie, że na zabitej dechami prowincji, w Huntsville, niemiecki pionier kosmonautyki (i SS-Sturmbannführer), Werner von Braun kładł w latach 50. podwaliny pod amerykański przemysł kosmiczny. Dzięki swojej działalności przyciągnął inwestorów, którzy rozwinęli potężny sektor lotniczy i elektroniczny, pracujący potem głównie dla wojska. Z jego inicjatywy powstało Centrum Lotów Kosmicznych im. George’a C. Marshalla oraz znalazło się tu US Army Aviation and Missile Command. To wszystko dało znaczący wzrost poziomu jakości życia mieszkańców ubogiej Alabamy i przełożyło się na skok cywilizacyjny. Nie jest także dziełem przypadku, że drugie Centrum Lotów Kosmicznych NASA im. Lyndona B. Johnsona, znalazło się na nieodległej Florydzie, skąd z Cape Canaveral startowały wyprawy na Księżyc, a teraz promy kosmiczne obsługujące stację kosmiczną ISS.

foto: Jared eberhardt, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com
foto: Jared eberhardt, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com

Najgorsze są stereotypy

Europejczycy bezkrytycznie „kupili” informację, że południe Stanów jest głęboko zacofane i rasistowskie. Że znajduje się tu siedlisko ludzi pałających straszną nienawiścią do wszystkiego, co nie jest anglojęzyczne i białe. Pamiętam takie powiedzonko politruka w wojsku – „a w USA to murzynów biją” (pewnie nie widział, jak MO tłukła pałami ludzi na Krakowskim Przedmieściu w czasie „Solidarności”). Trudno nie pamiętać wszakże o prawdziwych rasistach i zbrodniach Ku-Klux-Klanu (pierwotnie był organizacją, która przemocą odstraszała czarnych od głosowania na republikanów), trudno nie pamiętać o segregacji rasowej i buntach na tle rasowym, ale dziś jest to już na szczęście historia.

Istotną sprawą, która mocno zaważyła na losach i charakterze Południa, była wojna secesyjna (1861-1865). Dixie jednak inaczej interpretują wersję przebiegu wojny i jej skutków. Nie była to wcale szlachetna wojna sił postępu (fajni i nowocześni Jankesi) ze zwolennikami niewolnictwa (obciachowe i ciemne Południe). Była to wojna o podłożu ekonomicznym, biednego Południa z zamożną Północą, która zresztą tę wojnę wywołała.

Mieszkańcy amerykańskiego Południa, to patrioci, którzy bardzo kochają swoje małe ojczyzny. Dixie z Alabamy nazywają ją pieszczotliwie „Sweet Home”. Stąd zresztą wziął się tytuł hitu „Sweet Home Alabama” (a jakże, grany był na „Forreście”). No i Alabama to oczywiście „Heart of Dixie”, albo „Yellowhammer State” (nie chodzi o żółty młotek, ale o gatunek dzięcioła). Mottem Alabamy są dumne słowa „Audiemus jura nostra defendere” czyli „Mamy odwagę bronić naszych praw”. Piękne słowa. Czy jednak dziś za słowami idą czyny ?

foto: Shannon Hauser, licencja CC BY 2.0 via Flickr.comr
foto: Shannon Hauser, licencja CC BY 2.0 via Flickr.comr

Wojna, która nadal dzieli

Amerykańska wojna secesyjna była niewątpliwie najstraszniejszą, najzacieklejszą konfrontacją militarną na kontynencie północnoamerykańskim. Wybuchła i toczyła się na terenie tylko jednego państwa – USA – i kosztowała życie prawie 620 tys. jego obywateli, czyli ponad dziesięciokrotnie więcej, niż wojna w Wietnamie i połowę więcej, niż ostatnia wojna światowa.

W potocznym przekazie utrwalił się obraz, jakoby wojna Północ – Południe była wojną usprawiedliwioną, ponieważ szło tutaj o obronę ideałów równości i demokracji. Cała sprawa miała swoje źródło w oświeceniowej teorii wyzwolenia człowieka z okowów niewolnictwa i tyranii. Źli byli właściciele plantacji, którzy rękami czarnych niewolników dorabiali się krociowych fortun. A dobrzy byli ci z Północy, skoro przyszli przepełnieni słusznymi ideałami i uzasadnionym gniewem, niosąc wyzwolenie uciemiężonym murzynom.

Rzecz jednak w tym, że niewolnictwo na Południu nie wynikało z zasad ekonomii i „rynku”, ale pojawiło się w wyniku ingerencji państwa. I właśnie to nie ekonomia, a prawodawstwo państwowe przyczyniało się do jego rentowności (skokowy wzrost ceny „darmowej siły roboczej” i masowe ucieczki z plantacji).

Twierdzenie, że wszystkiemu byli winni nie budzący sympatii handlarze niewolników, nie znajduje pokrycia w faktach. Błędny jest także zarzut, jakoby byli także odpowiedzialni za niewolnictwo w Afryce. W rzeczywistości niewolnicy, którzy docierali potem na amerykańskie plantacje, niewolnikami byli już wcześniej, zanim opuścili Czarny Ląd. Niewolnictwo istniało w społecznościach afrykańskich jeszcze długo przed pojawieniem się białego człowieka. Było jednym z filarów tamtejszego porządku społecznego. Przekazy historyczne mówią przecież, że w wyniku wojen czy walk na mniejszą skalę, do niewoli trafiali jeńcy. Czasami prowadzono wojny jedynie po to, by zdobyć jak największą ich ilość, żeby można było potem ich z zyskiem sprzedać, np. arabskim handlarzom „żywym towarem”.

foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com
foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com

Niewolnictwo jako element polityki

Wojna, która przyniosła zwycięstwo „postępowej” Północy, spowodowała ruinę i zapaść gospodarczą, dotykając przede wszystkim Południa. Owszem, skutkowała zniesieniem niewolnictwa i nadaniem murzynom praw obywatelskich (przede wszystkim prawa wyborczego). Ale wygrana Północy równała się wszakże z całościową przegraną Ameryki – zachwianiem tradycji suwerenności stanów, klęską finansową amerykańskich podatników i przede wszystkim przegraną tych, którzy na wojnie tej mieli rzekomo zyskać najwięcej – czarnych niewolników.

W latach Wielkiego Kryzysu lat 20. spisano wspomnienia ostatnich żyjących jeszcze niewolników, wówczas już leciwych staruszków. Wypytywani, w większości przypadków nie czuli nawet cienia wrogości w stosunku do byłych białych właścicieli. Wręcz przeciwnie – z rozrzewnieniem wspominali czasy, kiedy biały troszczył się o wszystko – dawał pracę, jedzenie, opiekę medyczną itd.

Byli niewolnicy znacząco też podkreślali, że ich sytuacja w wielu kwestiach – pracy, opieki medycznej, stabilności rodzinnej, moralności czy bezpieczeństwa – była zdecydowanie gorsza „po”, niż „przed” wyzwoleniem. Wyzwoliciele obiecywali murzynom gruszki na wierzbie. Jednym z kłamstw była obietnica możliwości nabywania posiadłości byłych „panów”. W praktyce, większość ziem, które z ustawowego automatu trafiały w ręce rządu federalnego, znalazły się potem u ludzi mających grube portfele. Murzyni – nieprzygotowani do życia w USA analfabeci, kompletnie bezradni w splądrowanym i zrujnowanym wojną Południu – musieli zapomnieć o obiecanych im mułach i 40 hektarach ziemi i zadowolić się gorzką wolnością.

I jeszcze coś. Rzeczywistość po zniesieniu niewolnictwa pokazywała, że w większości stanów Północy murzynom nie wolno było głosować. Podobnie – zeznawać w sądach przeciwko białym. Zaś wszelkie umowy cywilno-prawne, zawierane z białymi, mogły być natychmiast uznane za nieważne. Więc było to realne niebezpieczeństwo nowej formy niewoli i przemocy fizycznej, przed którą murzyni nie byli się w stanie bronić. Nowa rzeczywistość okazywała się być gorsza od „niewoli”.

foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com
foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com

Czy Polacy powinni naśladować Dixie?

Flaga Południa, flaga Konfederacji, staje się znów symbolem sprzeciwu i twardego oporu. W Stanach ruszyła akcja społecznego protestu po tym, jak prezydent USA wyraził publicznie poparcie dla „homo-małżeństw”. Okładkę majowego numeru amerykańskiego Newsweeka zdobiła głowa Obamy, nad którą unosi się nimb z kolorami tęczy, którą przywłaszczyły sobie środowiska „kochających inaczej”.

Pomijając obłudę Obamy, który najwyraźniej „dla picu” rozczulił się nad losem kolegów jego córek czy równie efekciarsko załkał nad bohaterstwem „żołnierzy-gejów” (jakoś nikt o nich nie słyszał), należy zauważyć, że chodzi tu przede wszystkim o ewolucję sondaży. O ile jeszcze parę lat temu dwie trzecie Amerykanów sprzeciwiało się „małżeństwom” ludzi z zaburzeniami płciowości, o tyle dziś coraz więcej wyraża w tej sprawie poparcie. I dlatego amerykański prezydent-przyjaciel LGBT, „na zimno” kalkuluje, co mu się w sensie wyborczym będzie opłacać.

Niestety, wzorce kulturowe, które od lat płyną z USA w świat, są na tyle silne, że z łatwością znajdują poklask także w lewicowo-liberalnej Europie. Perspektywa upadku wydaje się być blisko. Prawo będzie coraz bardziej naginane, aby tworzyć podstawy formalne dla legalizacji wyuzdania i kolejnych seksualnych wynaturzeń. W imię „nowoczesności, postępu i tolerancji”, rzecz jasna.

Zmasowanemu atakowi na tradycyjne wartości i rodzinę, towarzyszy deprawacja młodego pokolenia. Nie można być zatem biernym, skoro na naszych oczach decydują się być może losy także naszego kraju. Gdy pożar ogarnia dachy sąsiadów, spieszymy im na ratunek, aby ogień nie przeniósł się na nasze.

W przypadku USA, społeczeństwo musi jednak zrobić wpierw porządek u siebie, w swoim domu. Dumnie powiewające sztandary Południa do czegoś zobowiązują.

foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com
foto: Darryl Moran, licencja CC BY-SA 2.0 via Flickr.com

źródła: opcjanaprawo.pl, gosc.pl, Robin Law – The Slave Coast of West Africa, 1550-1750: The Impact of the Atlantic Slave Trade on an African Society, Oxford 1991.

Przekaż wieści dalej!

Grzegorz Mucha

Grzegorz Mucha

Z urodzenia Warszawiak, z zamiłowania historyk, z wykształcenia administratywista i politolog, z potrzeby serca publicysta, z przekonania prawicowiec

Więcej artykułów autora

Grzegorz Mucha

Grzegorz Mucha

Z urodzenia Warszawiak, z zamiłowania historyk, z wykształcenia administratywista i politolog, z potrzeby serca publicysta, z przekonania prawicowiec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.