Giedroyć, Ukraina i my, czyli absurdy polskiej polityki wschodniej

Nieodłączne skojarzenia, choć niemające racjonalnego uzasadnienia/fot. Kremlin.ru, CC BY 4.0, Wikimedia Commons/Wikimedia (kolaż)

Giedroyć niedoczytany

We wstępie zwróciłem uwagę na fakt, iż kolejne – bez wyjątku – ekipy rządzące naszym krajem po 89′ roku prowadziły zaskakująco podobną politykę w odniesieniu do naszych wschodnich sąsiadów. Polscy decydenci, pytani o przyczyny takich a nie innych posunięć, uwielbiali powoływać się właśnie na doktrynę Giedroycia.

Niestety, jak niejednokrotnie wskazywał dr Leszek Sykulski, pierwotna myśl autora paryskiej „Kultury” została przez nich zrozumiana i przyjęta wybiórczo, nie zaś w całości. Giedroyć w swoich pismach i artykułach wyraźnie dawał do zrozumienia, że rządzący odrodzoną Rzeczpospolitą w swoich działaniach powinni kierować się tylko i wyłącznie polską racją stanu. Powinni mieć na względzie wyłącznie dobro Polski – dobro, które zostało przez nich racjonalnie rozpoznane. Politycy polscy nie mogą – mówił Giedroyć – kierować się sentymentami czy uprzedzeniami.

Tymczasem architekci III RP, podejmując kluczowe dla polskiej racji stanu decyzje, z lubością dawali wyraz swoim osobistym sympatiom i antypatiom, wyniesionym jeszcze z czasów PRL-u. Niechęć wobec sowieckiego okupanta, którego przedstawicielami byli polscy komuniści, została przeniesiona na niekomunistyczną już Federację Rosyjską. Rosja została uznana za największe zagrożenie nie tylko dla Polski i Europy, ale też dla światowego pokoju.

Antyrosyjskie nastawienie wzmogło się jeszcze bardziej po objęciu rządów przez Władimira Putina. Postanowiono maksymalnie ograniczyć wymianę handlową oraz kontakty dyplomatyczne z Rosją i jednocześnie zacieśnić do granic możliwości współpracę z Litwą i Ukrainą (Białoruś to inna bajka, o której zaraz powiem).

Racjonalna doktryna geopolityczna, którą stworzył Giedroyć, została wypaczona i przeformułowana: zaczęła od tej pory być rozumiana jako programowa, aprioryczna antyrosyjskość przy jednoczesnym kultywowaniu zinstytucjonalizowanej, państwowej „miłości” wobec Ukrainy i Litwy. Nie o to chodziło Giedroyciowi. Paryski publicysta jasno wskazywał, że współpraca z naszymi wschodnimi sąsiadami nie może odbywać się kosztem polskich interesów – zarówno politycznych, jak i ekonomicznych – ani tym bardziej kosztem pamięci i czci wobec ofiar ludobójstwa.

Giedroyć zdawał sobie sprawę z tego, co działo się na Wołyniu i przestrzegał przed odrodzeniem się banderyzmu na Ukrainie. Postulował baczną obserwację tego, co dzieje się u naszego wschodniego sąsiada. Zalecał, by w razie groźby odrodzenia się sił nacjonalistycznych na Ukrainie, Polska ograniczyła współpracę z tym państwem, a w zamian zaczęła twardo stawiać warunki, jednocześnie dokonując zwrotu w stronę Rosji. O tym jednak nie chcą pamiętać polscy politycy.

Żałośnie nieszczelny mur

Zarówno politycy PiS, jak i PO, uwielbiają straszyć Rosją i jednocześnie przedstawiać Ukrainę jako naszego największego sojusznika i przyjaciela, który jest gwarantem naszego bezpieczeństwa. Z pełnym przekonaniem powtarzają słowa Jacka Kuronia: „Bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski.” Zweryfikujmy zatem ich słowa, dokonując analizy geopolitycznej. Czy Ukraina rzeczywiście gwarantuje bezpieczeństwo Polsce?

Na sam początek – krótka powtórka z geografii. Czy pamiętasz, drogi Czytelniku, co to jest rozciągłość równoleżnikowa? To dystans w linii prostej pomiędzy najdalej wysuniętymi punktami danego terytorium na linii wschód – zachód. Rozciągłość równoleżnikowa Białorusi wynosi 670 km, rozciągłość równoleżnikowa Ukrainy – ponad 1300 km. Pytanie: czy Rosjanom bardziej opłacałoby się przejść przez Białoruś czy przez Ukrainę, pozostawiam do rozważenia Czytelnikowi.

Jeśli Rosja będzie chciała zaatakować Polskę, to wojska lądowe przejdą przez Białoruś i „niepodległa Ukraina” (bez której ponoć nie ma niepodległej Polski) w niczym nam nie pomoże. Granica Polski z Białorusią ma 418 km długości. Sporo, prawda? Korzystne ukształtowanie terenu na obszarze Białorusi sprawia, że jest to idealna droga lądowej inwazji na Polskę. Nizina Białoruska, jak mawiali sowieccy stratedzy, to „autostrada na Warszawę i Berlin”. Nie jesteśmy bezpieczni. Prezydent Łukaszenka niedawno oficjalnie stwierdził, że w razie wybuchu wojny nie tylko pozwoli Rosjanom przejść przez Białoruś, ale sam pójdzie z nimi na Polskę, wspierając ich siłą wojsk białoruskich.

Aby uświadomić sobie absurdalność polskiej polityki wschodniej, zwłaszcza zaś bezwarunkowego i bezrozumnego wspierania Ukrainy wyobraźmy sobie sytuację, w której pewien naród buduje ogromny mur, mający odgrodzić go od jego przeciwników. Niestety, w samym środku tego muru zionie ogromna dziura, ogromna wyrwa. Co robią nasi rządzący – budowniczy? Czy ją zalepiają? Nie.

Budują – po lewej i prawej stronie tej ogromnej dziury – mur coraz wyższy, w pośpiechu, z gorliwością i oddaniem dokładając kolejne cegiełki. A dziura – jak była, tak jest. Jak zionęła, tak zionie. W samym środku. Śmieszne, prawda? Każdy zdrowo myślący człowiek uznałby takich budowniczych za kompletnych idiotów. Jednak żarty kończą się, gdy uświadomisz sobie, drogi Czytelniku, że tymi idiotami są nasi politycy, czyli ludzie odpowiadający za bezpieczeństwo naszego kraju. Dlaczego ten „cudowny” mur Giedroycia jest dziurawy, jak i czy w ogóle można go załatać – wyjaśnię w dalszej części artykułu.

CZYTAJ DALEJ lub WRÓĆ DO POPRZEDNIEJ STRONY

Tekst ukazał się na portalu GazetaRycerstwo.pl

Przekaż wieści dalej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.