BYĆ matką, czy MIEĆ dziecko

foto: Pixabay.com
foto: Pixabay.com

Dzień Matki tuż tuż. To chyba dobry czas na refleksję o macierzyństwie i różnicy między posiadaniem potomstwa, a byciem matką. W rodzicielstwie (czyli także w macierzyństwie) ujawnia się bowiem wszechobecne napięcie między „być”, a „mieć”.

Sama nie jestem matką, choć na razie realizuję się jako matka chrzestna mojego siostrzeńca. Jednak bycie matką jest jedną z podstawowych ról kobiety. Jest do tego odpowiednio „wyposażona” fizycznie i psychicznie. Nie twierdzę, że świat kobiety powinien zaczynać i kończyć się na macierzyństwie. Że kobieta, która nie ma dzieci, jest gorsza. Zresztą macierzyństwo to pewien stan ducha – można nie urodzić żadnego dziecka, ale wspaniale się opiekować dziećmi, które tego potrzebują. Z kolei można urodzić tuzin dzieci i kompletnie spaprać sprawę z ich wychowaniem tak, że nie będą się chciały do takiej rodzicielki przyznać. Brzmi poważnie, prawda? A neo-feministyczne trendy jeszcze bardziej komplikują sprawę.

Zauważam dwa niepokojące kierunki wypaczania macierzyństwa. Jeden to traktowanie dziecka jako remedium na samotność – nie mam męża, tudzież mam, ale mi się z nim nie układa. Sprawie sobie więc dziecko, ja będę je kochała, a ono będzie kochało mnie. Będziemy zawsze razem i będziemy szczęśliwi. Drugie, to traktowanie dziecka jako luksusowego dobra takiego, jak nowy model samochodu czy mieszkanie w dobrej dzielnicy. Trzeba na nie zarobić, zainwestować w nie, a potem można się znajomym pochwalić jakie to piękne, mądre, utalentowane, pracowite dziecko mamy. No istny ideał po prostu, spełnienie marzeń rodziców.

W obu tych przypadkach nie uwzględnia się faktu, że dziecko jest osobą z własnymi uczuciami i pragnieniami. Osobą, która potrzebuje opieki i troski rodziców, ale która pewnego dnia pójdzie swoją drogą… Problem uprzedmiotowienia dziecka może dotyczyć obojga rodziców ale kobieta, która jest związana (bardzo dosłownie) z dzieckiem od samego początku bardziej narażona jest na pokusę „przywłaszczenia” go sobie. I gdy przyjdzie moment „odcięcia pępowiny”, rozegra się dramat – no jak to chcesz mieć własne życie? Chcesz zmienić pracę, wyjechać, poślubić taką dziewczynę? Nie sądzę żeby to było dla Ciebie dobre! Ja jestem Twoja matką, tyle dla Ciebie zrobiłam! Powinieneś mnie słuchać…

Przedmiotowe traktowanie dziecka jest aż nazbyt dobrze widoczne w podejściu do płodności. W mediach jest pełno lewicowych, liberalnych haseł, że trzeba wprowadzić powszechną „edukację” seksualną. Antykoncepcja powinna być łatwo dostępna, a najlepiej to refundowana przez państwo. Aborcja powinna być legalna w niemal każdym przypadku – skoro kobieta jej sobie życzy to „zabieg” powinien zostać bezdyskusyjnie wykonany. Zaś z drugiej strony trwa walka o in vitro – jeżeli ktoś nie może naturalnie począć dziecka, to powinno mu się zagwarantować swobodny dostęp do procedury in vitro, najlepiej to refundowany.

Czyli najpierw powinniśmy pozwolić na niszczenie kobiecej płodności bo kobieta „nie chce mieć dziecka”, bo musi np. najpierw zrobić karierę, a potem powinniśmy pozwolić na „produkcję dzieci w probówce”, bo kobieta „za wszelką cenę chce mieć dziecko”. Chcę mieć, nie chcę mieć. Moje życie, mój brzuch, moja sprawa… Czy to brzmi jakby chodziło o osobę czy o rzecz? A tak na marginesie – naprawdę rozumiem, że niektóre małżeństwa bardzo chcą zostać rodzicami. Dlaczego więc in vitro, a nie adopcja? Tysiące dzieci w domach dziecka czekają na nowe rodziny. To dla mnie co najmniej dziwne, że tak silne jest lobby na rzecz upowszechnienia i refundowania in vitro, a lobby na rzecz uproszczenia procedur adopcyjnych czy upowszechnienia NaPro technologii (która, w przeciwieństwie do in vitro, naprawdę leczy niepłodność) to jakiś margines marginesu i mało kto się tym interesuje. Adopcja czy faktyczne leczenie niepłodności to droga z pewnością trudniejsza i bardziej czasochłonna. In vitro to szybszy sposób na „rozwiązanie problemu posiadania dziecka”. Wybór zależy od nas.

Ale dość teorii, czas na kilka przykładów z życia wziętych. W połowie kwietnia w mediach pojawiła się sensacyjna wiadomość: ponad sześćdziesięcioletnia Niemka poddała się zabiegowi in vitro, który udał się do tego stopnia, że obecnie jest w ciąży z czworaczkami. Kobieta ma już kilkanaścioro dzieci (z czego większość jest dorosła) z kilkoma różnymi mężczyznami, ma także wnuki, a na kolejna ciążę zdecydowała się, bo namówiła ją na to najmłodsza córka (9 lat), pragnąca młodszego rodzeństwa. Niektórzy mówią, że to niemal cud, że owa kobieta jest bardzo pro life i dlatego należy ją wspierać, a nie krytykować. Zostawiając na boku wątpliwości co do procedury in vitro, muszę zadać pytanie: czy ta kobieta pomyślała o konsekwencjach zdrowotnych ciąży w tym wieku? Czy pomyślała jak zniesie to jej organizm, a także organizmy jej dzieci? Czy pomyślała jak wychować dzieci, będąc w takim wieku, że bardziej pasuje jej rola babci? Czy będzie wstawała do niemowląt w nocy (zastanawiam się, czy z czwórką niemowląt da radę zasnąć)? Czy za kilka lat będzie je odwoziła do przedszkola, czy dożyje dnia w którym zdadzą maturę? Mam co do tego wątpliwości. Owa pani chciała mieć kolejne dziecko, więc je sobie „sprawiła”. I mniejsza o konsekwencje…

Kolejne dwie historie znam z pierwszej ręki, gdyż dotyczą moich bliższych lub dalszych znajomych. Około 3 lat temu moja dobra koleżanka, nazwijmy ją K., zwierzyła mi się, że chciałaby mieć dziecko. Była dość rozczarowana swoim ostatnim związkiem (chłopak potraktował ją niepoważnie, zresztą nie pierwszy). Więc pomyślała o zajściu w ciążę i urodzeniu dziecka, żeby kogoś mieć, żeby nie być samotną. Swoich zamysłów na szczęście w życie nie wprowadziła. Od prawie roku jest szczęśliwą mężatka i jak na razie nie rozmawiają z mężem o dziecku, mimo, że mają własne mieszkanie i dość stabilna sytuację jeśli chodzi o pracę. Nie wątpię, że K. będzie kiedyś dobrą mamą. Ale jak widać, samotność i rozczarowanie mogą sprowadzić na manowce nawet rozsądna osobę.

Druga historia nie ma niestety happy endu. Moja daleka znajoma (raczej koleżanka mojej siostry), H., osoba niewiele starsza ode mnie (może o 2 lata), rozwiodła się krótko po ślubie (który został chyba zawarty z powodu „wpadki”). Wychowaniem synka zajęła się samotnie. Czy też raczej powierzyła wychowanie dziecka babci, a sama zajęła się zarabianiem na jego utrzymanie. Bo po co siedzieć przy dziecku, gdy jest się młodym i można robić tyle innych rzeczy? H. traktowała dziecko jako zło konieczne – skoro jest to trzeba je utrzymać, a czasami – o zgrozo! – spędzić z nim trochę czasu. Ale żeby się przejmować jego potrzebami czy uczuciami? Malec był traktowany jak szczeniak: gdy był posłuszny, w nagrodę był klepany po głowie, a gdy zaczynał domagać się uwagi matki, H. krzyczała, przeklinała, biła…

H. wyjechała za granicę w poszukiwaniu lepszego życia, syna zostawiając z babcią. Przysłała pieniądze na jego utrzymanie. Za granicą H. zaszła w kolejną ciążę. Płacz i lament – ona musi pracować, ona nie da rady utrzymać dwójki dzieci. H. zabiła dziecko w swoim łonie, podobno bardzo to przeżyła. Ale nie na tyle, żeby wrócić do kraju i zaopiekować się synkiem. Nawet nie wiem jak to spuentować. Może tylko tak: pewne kobiety nie powinny mieć dzieci (bo nie wiem czy o byciu matką można tu mówić).

Mam oczywiście wiele koleżanek, które są wspaniałymi mamami: łączą wychowanie dwójki (lub więcej) dzieci z pracą, z robieniem naprawdę ciekawych i ważnych rzeczy. I chcę wierzyć, że dobrych matek, takich które mądrze kochają swoje dzieci i pomagają im się rozwijać, jest więcej niż tych, które przedstawiają dziecko z kąta w kąt w zależności, czy jest im w danej chwili do czegoś potrzebne czy nie. Stąd ten tekst. Pamiętajcie: spłodzić i urodzić dziecko wcale nie jest tak trudno, ale być matką to już duże wyzwanie.

Przekaż wieści dalej!

Ewelina Jędrasik

Ewelina Jędrasik

Umiarkowana feministka. Doradca rodzinny z wykształcenia, obecnie pracuję jako opiekunka osób starszych za granicą. Z zamiłowania artystka. Interesuję się po trosze: muzyką (zwłaszcza śpiewem głosem otwartym), poezją, rękodziełem, teatrem, a także książkami oraz filmami kryminalnymi i si-fi.

Więcej artykułów autora

Ewelina Jędrasik

Ewelina Jędrasik

Umiarkowana feministka. Doradca rodzinny z wykształcenia, obecnie pracuję jako opiekunka osób starszych za granicą. Z zamiłowania artystka. Interesuję się po trosze: muzyką (zwłaszcza śpiewem głosem otwartym), poezją, rękodziełem, teatrem, a także książkami oraz filmami kryminalnymi i si-fi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.