Czym naprawdę jest „Lawendowa mafia” – czyli o Vaticanum II, FBI i KGB

Zaraz po kampanii wyborczej, pełnej patriotycznych i konserwatywnych deklaracji, rządząca partia Prawo i Sprawiedliwość odrzuciła księdza Isakowicza-Zaleskiego jako kandydata do komisji mającej zwalczać i wyjaśniać przypadki pedofilii. Od razu pojawiły się interpretacje, że być może było to związane z naciskami hierarchów kościelnych, co potwierdziły zresztą wypowiedzi posłów PiS. Ale dlaczego w ogóle hierarchii kościelnej miałoby na tym zależeć i dlaczego partia rządząca miałaby słuchać tego typu głosów?

Najprostsze wyjaśnienie byłoby takie, że po prostu Kościół jest tak od wewnątrz zdegenerowany, że daje pozwolenie na przypadki pedofilii, zaś PiS musi go słuchać, bo chce darmowej promocji politycznej. Coś tutaj jednak jest nie tak. Dlaczego?

Otóż, jeśli Kościół miałby działać w sposób tak wyrafinowanie perfidny, to ten proceder musiał mieć miejsce przez wiele lat. Przypadki tego typu czynów, które obecnie wychodzą na światło dzienne to np. lata 70-te, ciągnęło się to zatem przez okres PRL i potem całą III RP. Jakkolwiek obecnie mamy rząd, któremu z powodu katolickiego profilu mogłoby zależeć na obronie Kościoła, ale dlaczego tym sprawom nie przyjrzały się inne rządy, tworzone przez PZPR, SLD czy PO? Przecież wszystkie te partie rządząc dysponowały służbami, a z pewnością też interesowały się działaniem kościelnej hierarchii. Dotyczy to zwłaszcza służb w okresie PRL, ale przecież nikt nie ma wątpliwości, że każdy z demokratycznych rządów również wykorzystywał agenturę także do śledzenia przeciwników politycznych – lista tajemniczych zgonów osób w latach 90-tych być może jest szersza niż ta poprzedniej dekady. Gdyby na szczytach hierarchii kościelnej istniała szajka pedofilska, to z pewnością któraś z państwowych służb specjalnych raczej by na ten problem się natknęła, zwłaszcza, że przynajmniej na deklaratywnym polu kilka rządzących ekip szło z Kościołem w sukurs.

Jaka zatem tajemnica kryje się za tym, że te rzeczy wychodzą na jaw w jednym czasie, w określony sposób, a wcześniej te rzeczy były kryte nie tylko przez Kościół, ale także często wrogie Kościołowi rządy? Najprostsza odpowiedź jaka przychodzi do głowy jest taka, że za to odpowiada świadomie wtłaczana w struktury kościelne V kolumna. To jest zresztą szeroko komentowana sprawa, mówi się wiele o akcjach chociażby służb komunistycznych przeciwko Kościołowi, podkreśla się to, że księża pedofile bardzo często byli związani np z SB. Jest to zjawisko na tyle popularne, że trudno nie widzieć tu koincydencji, próba wyjaśnienia sytuacji jednak tylko tym jest dla nas zdecydowanie niezbyt zadowalająca.

Jakkolwiek prawicowa narracja stara się często przedstawiać III RP jako bezpośrednią kontynuację PRL i wizję, wedle której nadal Polskę urządzają dawne służby komunistyczne, ale to nie spełnia kryteriów logiki politycznej, z tego względu, że nasz kraj już dawno wszedł w struktury zachodnich sojuszy strategicznych takich jak NATO i nie jest już w żaden sposób politycznie zależny od Rosji, która zresztą także zatraciła swój komunistyczny charakter. Sytuacja ta umożliwiła to, że mogliśmy poznać wiele niejawnych wcześniej dokumentów, ale inne wciąż są tajne, nie wyjaśniono na przykład wielu aspektów działań wymierzonych w Kościół, wyrażających się w licznych mordach dokonywanych na zbuntowanych politycznie kapłanach, takich jak ksiądz Zych, Samowolec czy wreszcie Popiełuszko. Dochodzimy zatem do wniosku, że z jakiegoś powodu nowe służby i nowe władze polityczne Polski także ukrywały dawne układy w Kościele.

Żeby to zrozumieć należy cofnąć się do lat 60-tych, czyli czasów przemian w Kościele związanych z Soborem Watykańskim II. Tamte wydarzenia miały ukryte dno polityczne, które pojmiemy dopiero czytając różne teksty między wierszami. Weźmy na początek taki fragment, opisujący dzieje formułowania się KOR-u, a mianowicie czas głodówki, który miał miejsce w franciszkańskim kościele św. Marcina. Tak to miejsce opisuje Lipski, w swojej monografii o historii Komitetu

– Ośrodek ten [Kościół św. Marcina] nie tylko zdobył sobie ogromne uznanie ze względu na wzorową, piękną pracę humanitarną, lecz zaczął przyciągać ludzi ze środowisk, które w okresie międzywojennym, i wcześniej, nie były w najlepszych stosunkach z Kościołem, między innymi środowiska radykalnej, laickiej inteligencji, głównie warszawskiej. Tu rodziło się wzajemne rozumienie, w atmosferze, która była prekursorem zasad i postaw upowszechnionych dopiero po Vaticanum II. Z Laskami związana jest też była redakcja czasopisma „Verbum”. Laski reprezentowały wszystko, co było najświetlejsze, najbardziej otwarte, najbardziej przesiąknięte duchem caritas i humanitas w polskim Kościele. […] dziś jest to zjawisko mniej egzotyczne – czytamy.

Czyli inaczej mówiąc: środowisko KOR-u, ewidentnie mające cele politycznie, specjalnie szukało kontaktu akurat z tą częścią Kościoła, który w największym stopniu realizował zalecenia Soboru Watykańskiego II. Zblatowanie się właśnie z posoborowymi środowiskami miało wymiar jednoznacznie polityczny, działacze KOR-owscy, musieli być przekonani, że to właśnie one najchętniej zrealizują cele ich polityki. Tak się stało rzeczywiście, w momencie gdy system komunistyczny zaczął się walić, to Kościół, już pod koniec lat 80 całkiem w zasadzie opanowany przez nurty posoborowe, stanął definitywnie po stronie politycznego układu tworzonego przez weteranów Komitetu. Dokładnie było to widać w roku 1990, gdy trwały wybory prezydenckie. W tamtym czasie otworzyło się społeczne okienko możliwości na daleko posunięte zmiany polityczne, bo ludzie mieli dosyć zarówno PZPR jak i Solidarności. Objawiło się to w wyniku Stana Tymińskiego, który wszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich.

W tamtym okresie Kościół był bardzo zaangażowany w kampanię Wałęsy, któremu w zasadzie udzielił jednoznacznego poparcia. Nie mówię tutaj, że sam Tymiński był dobrym kandydatem, ale jego wynik pokazał skalę społecznego niezadowolenia, którą mógł wykorzystać inny polityk/środowisko – co się jednak nie stało. Nawet potem były zarzuty do Kaczyńskich, dlaczego nie spróbowali działać wówczas z radykalnym antyokrągłostołowym przekazem. Jarosław niezbyt konsekwentnie tłumaczy się z tego w „Lewym czerwcowym”. W każdym razie prawica i Kościół sytuację przespały lub świadomie zaniechały działań. Dalsza perspektywa, to że Kościół zawsze już później wspierał jedynie pookrągłostołowe podmioty polityczne, takie jak AWS czy PiS pokazuje że był on jedną z frakcji układu, jeśli taki powstał rzeczywiście i ta druga możliwość jest prawdziwa.

Idźmy dalej. Kościół nieformalnie, a także przez np. Radio Maryja (które powstało jako jednoznacznie kościelne medium na początku i wykorzystywało pasy transmisyjne przeznaczone dla Kościoła zgodnie z ustaleniami początku lat 90-tych) wspierał partie, które wygrywały wybory to dlaczego nie wymógł na tych partiach tego by np. zajął się sprawami zgonów księży z lat 80-tych, czy też nie zdobył informacji niejawnych o agenturze w swoich szeregach, co pozwoliłoby wykluczyć SB-ków (i znaczną cześć pedofili) już zawczasu?

W związku z tym co powiedzieliśmy sobie wcześniej, może to być związane z jego flirtem z KOR-em (również jego lewicową częścią), możliwym przez wpływy Vaticanum II, otwierające Kościół na dialog także z ateistami i (już interpretując) na wrogów Kościoła i chrześcijaństwa (sic!). Komitet poszedł na współpracę z komunistami, to Kościół też kontynuował tkwienie w tym układzie – tyle że działo się to przez kolejne lata, długo, długo po upadku komunistów. Wpadamy w plątaninę dziwacznych problemów i pobieżnie niezwiązanych ze sobą wątków.

Odnieśmy się jednak znów do materiałów źródłowych, opisujących relację Kościoła z KOR-em. Uczestnicy głodówki w kościele św. Marcina tak opisali swoje cele w miesięczniku katolickim “Więź”:

– Dla wierzących będzie ona formą modlitwy, dla wszystkich nas – apelem skierowanym do społeczeństwa i władz – czytamy.

– Świadomie wybieramy formę głodówki jako formę walki o prawo i sprawiedliwość, walki o godność człowieka, walki przeciw przemocy, walki bez siły i przemocy. W takiej walce mamy wielu poprzedników, od Mahatmy Gandhiego poczynając, poprzez pastora Martina Luther Kinga, aż po bojowników, którzy głodówkami w hiszpańskich kościołach walczyli z dyktaturą o wolność i demokrację we własnym kraju – napisano.

I tu znów mamy do czynienia z pewnymi wyrażeniami zawierającymi kluczowe myśli. Pamiętajmy, że mówimy o akcji KOR-u organizowanej na terenie i przy współudziale Kościoła, przynajmniej części jego hierarchów, a przeciwko rządom monopartyjnym PZPR-u. Mazowiecki, który wypowiada te słowa mówi o tym, że akcja w której bierze udział jest inspirowana analogicznymi wydarzeniami w Hiszpanii. Jest to odniesienie oczywiście do protestów w znacznej mierze lewicy i marksistów, a także części postępowego duchowieństwa, przeciwko katolickiemu porządkowi, reprezentowanego przez generała Franco i jego polityczne otoczenie. To że Tadeusz Mazowiecki, działacz, który określał siebie jako “katolika”, jako wzór działania podaje antykatolickie ruchy może wydawać się dziwne, ale jeszcze dziwniejsze jest zaaprobowanie takiego stanu rzeczy przez część Kościoła. W dodatku ta hiszpańska opozycja wywodziła się w znacznym stopniu bezpośrednio z ruchów lewicy walczącej wcześniej za pieniądze Stalina, czyli wykonując plany geopolityczne ZSRR – słowem dziwny wzorzec dla opozycji w Polsce mierzącej się z PRL-em. Dziwny przynajmniej dla tej jej części o rodowodzie w różny sposób konserwatywnym, mniej dla „lewicy laickiej”, ale tutaj jest mowa o tym, że został on zaakceptowany przez całość ruchu antykomunistycznego, z „katolikiem” Mazowieckim na czele, a przestrzeni do tego, by aprobatę dla niego sformułować, dał Kościół.

Sytuację w Hiszpanii analizuje w swojej książce „Rebelia. Kościół Katolicki i kulturowa rewolucja” Michael E. Jones, gdzie pokazuje on wpływy służb amerykańskich na decyzje Kościoła. Główną postacią przytaczaną w tym kontekście jest John Courtney Murray, pracujący nad deklaracją o wolności religijnej ogłoszoną później przez Sobór. Jak twierdzi Jones, był on bliskim współpracownikiem Henrego Luca, właściciela Timesa i agenta CIA. Właśnie osoby takie jak on tworzyły zręby ideowe Vaticanum II i potem doktryn przyjmowanych przez hiszpańskich duchownych, a główną przyczyną ich działań, jak wynika z rozważań zawartych w „Rebelii…”, była chęć liberalizacji Hiszpanii i ostateczne przekierowanie jej rozwoju na tory politycznego i kulturowego „amerykanizmu”. To zadanie się udało, dzięki trendom wprowadzonym do Kościoła podczas Soboru Watykańskiego II, który umożliwił wejście w jego trzewia osób, szerzących później doktryny promujące integrację chrześcijaństwa z liberalnym systemem polityczno-społecznym. Wspomina o tym Jones. Więcej o samym procesie przemian kulturowych w Hiszpanii można dowiedzieć się też w analizach tego tematu dokonanych przez Adama Wielomskiego.

Jeśli rozważania Jonesa są prawdziwe, to możemy stwierdzić, że albo Sobór był w ogóle inspirowany przez służby w celu przemiany Kościół na narzędzie realizacji agendy politycznej państw zachodnich albo służby te przynajmniej wykorzystały rozprężenie w kościelnej hierarchii do ulokowania tam swoich ludzi, którzy wpływali na kształt polityki Watykanu. W taki sposób w fałszywej kościelnej służbie znalazło się dużo osób o wątpliwej kondycji moralnej, którzy byli V kolumną obyczajowych przemian, część z nich była też z pewnością wysoce zdegenerowana. Sama pedofilia, o czym wspomina Jones w swojej książce, była przez wielu działaczy rewolucji seksualnej, na których doktryny otwierała się w jakimś stopniu kościelna hierarchia, była akceptowaną metodą seksualnej ekspresji. Także cześć osób oskarżonych później o skandale pedofilskie z dużym prawdopodobieństwem wywodzi się z tamtej inseminacji kościelnej hierarchii ludźmi, których postępowanie było odpowiednio zadaniowane.

Wpływ politycznego “amerykanizmu” to jednak nie tylko skrajne przypadki osób, w zasadzie w jawny sposób rozwalające Kościół od wewnątrz przez światopoglądową dywersję – papież Jan Paweł II, który na poziomie moralnym nie pochwalał nowinek, już podchwytywanych przez niektórych kapłanów, również realizował zalecenia agendy politycznej państw zachodnich. Czyli ta „inseminacja” ideowa, jak to nazwałem, miała jeszcze dużo głębsze dno, kręgi zachodnie z jednej strony weszły w sojusz polityczny z Kościołem, na co ten się zgodził, uznając deklaratywnie ZSRR za największe zagrożenie dla wiary, ale przy okazji ten Kościół od wewnątrz osłabiały, bo też sama silna pozycja Kościoła nie była im na rękę, choć on sam mógł być wykorzystany instrumentalnie.

Tak to się działo właśnie w Hiszpanii, tak samo miało miejsce w Polsce, gdzie, jak wspomniałem, Kościół był użyty do przeprowadzenia transformacji zgodnie z założeniami wyznaczonymi przez zachodnią agendę polityczną. Tutaj jednak dochodzimy do kolejnego kuriozum. Powiedzieliśmy sobie wcześniej o zjawisku nasączania tkanki kościelnej agentami przez służby komunistyczne, jak się okazuje jednak czymś podobnym zajmowały się służby zachodnie, co wykorzystywały do celów politycznych, a co i w tym i w tym przypadku było możliwe dzięki odstępstwom od dotychczasowych doktryn, metod nauczania i strategii jakie Kościół zaakceptował w związku z Soborem Watykańskim II. Czyli służby zachodnie i wschodnie pracowały nad takim samym materiałem ludzkim, ich strategia względem Kościoła była identyczna, a ich działania musiały się zazębiać. Co za tym idzie, z praktycznie pełną pewnością należy stwierdzić, że obie służby były wzajemnie siebie świadome, a fakt, że jedna nie ujawniła nigdy informacji o drugiej, mimo że leżałoby to, jak się zdaje, w jej interesie politycznym, sugeruje, że istniała pomiędzy nimi kooperacja. Na to zresztą wskazują operacje polityczne zarówno w Polsce jak i w Hiszpanii. W tym pierwszym przypadku sytuacja jest oczywista, bo cała transformacja polityczna była częściowym oddaniem politycznej władzy przez stronę komunistyczną, w zamian za poręczenie o tym, że nie zostaną względem niej wyciągnięte konsekwencje i będzie mogła ona prosperować w nowym systemie, natomiast w drugim przypadku część osób tworzących nową rzeczywistość była zainfekowana ideami w dużymi stopniu o rodowodzie właśnie wschodnim czy marksistowskim, propagowanych często przez organizacje bezpośrednio wywodzące się z grup wspieranych dawniej przez Moskwę.

Nie wchodząc w jego szczegóły w podskórnych nurtach, które oddziaływały na Kościół, obserwujemy zatem proces zazębiania się działań służb zachodnich i radzieckich – musiały ona mieć jakieś wspólne cele, mimo prowadzonej na poziomie deklaratywnym i przynajmniej na „przedpolach”, realnej wojnie. To właśnie zazębienie jest powodem dla którego niemożliwe jest nadal wyjaśnienie wielu zagadkowych wydarzeń które miały miejsce w historii polskiego i nie tylko polskiego Kościoła.

Oczywiście mocne postawienie takiej tezy wymaga znacznie bardziej pogłębionej analizy źródeł, ale ona doskonale tłumaczy masę paradoksów, które naświetliłem w tym tekście. Po pierwsze wyjaśnia czemu, mimo zmiany sojuszu geopolitycznego, wciąż niemożliwe jest poznanie prawdy o zbrodniach na kapłanach, którzy potencjalnie mogli nie zgodzić się na to, że transformacja ustrojowa w Polsce przebiegała tak jak przebiegała. Ofiary takie jak Suchowolec czy ksiądz Zych jednoznacznie identyfikowały się z nurtami politycznymi, które były krytycznie nastawione do głównego nurtu “opozycji demokratycznej”, w momencie gdy stali się ofiarami już dogadanej w zasadzie ze stroną komunistyczną, bliżej z Solidarnością był związany ksiądz Popiełuszko, ale on w jego przypadku nie wiemy jaki byłby jego stosunek do Solidarności w jej odnowionej postaci, gotowej na daleko posunięte kompromisy. Ciekawostką jest fakt, że do zaprzestania aktywności politycznej chciał skłonić kapelana Solidarności sam prymas Glemp oferując mu studia w Rzymie – można to uznać za gest dobrej woli, ale też sugestię, że nie powinien on się dłużej angażować bezpośrednio w sprawy Polski. Popiełuszko został zabity krótko po tej odmowie, gdy było pewne, że nie wycofa się ze swojej aktywności.

Sprawa pedofilii byłaby jedną z elementów całego procesu przejmowania Kościoła z jednoczesnym podskórnym niszczeniem jego tkanki. Również tutaj mamy zazębiające się działania służb państw wschodnich i zachodnich, jak mówi się o agentach SB w sutannach, to z drugiej strony, co wykazuje Jones, podobnie działała druga strona zimnowojennego konfliktu. Taktyka wprowadzania do Kościoła „postępowych katolików” jest nawet starsza niż sam Sobór Watykański II, była to jedna z metod walki nim zaproponowana przez Sierowa jeszcze na początku lat 50’. Wtedy Stalin powiedział, że w Polsce “warto byłoby mieć swojego prymasa” i na to nastawione było działanie służb. Samego kardynała Wyszyńskiego nie udało się złamać i w ogóle liczba księży którzy przeszli wówczas na „drugą stronę” wcale nie była długa. Obawiam się jednak, że także „druga strona”, ale w konflikcie powojennym, chciała mieć „swoich ludzi” w Kościele, także tutaj działając z taką samą strategią – i była w tym dziele skuteczniejsza.

Filip Podstawski

Autor zajmuje się historią najnowszą. Jest autorem książki „Zakon okrągłego stołu”

Przekaż wieści dalej!

Kontrrewolucja.net

Kontrrewolucja.net

Zespół portalu Kontrrewolucja.net. Kontakt: kontrrewolucja.net@gmail.com

Więcej artykułów autora

Śledź mnie na:
TwitterFacebook

Kontrrewolucja.net

Kontrrewolucja.net

Zespół portalu Kontrrewolucja.net. Kontakt: kontrrewolucja.net@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.