Jeszcze raz o ojcostwie

foto: Pixabay
foto: Pixabay

Czy warto być ojcem? To jest mój osobisty głos w sprawie, którą poruszyła niedawno na „Kontrrewolucji” redakcyjna koleżanka.

Ojcostwo okiem ojca

Zajmując się troszkę publicystyką, trafiam na rozmaite teksty. Jedne mnie bawią, śmieszą, inne niekiedy także wkurzają. Są też takie głęboko smucące czy skłaniające do głębszej refleksji: nad współczesnością i przemianami cywilizacyjnymi, które z niepokojem obserwuję wokół siebie. Ale przeważnie, gdy komentuję, czynię to jednym słowem lub znaczącym wzruszeniem ramion.

Tym razem postanowiłem jednak coś zrobić i odpowiedzieć, skoro głos dotyczył spraw dobrze mi znanych. W końcu jestem ojcem.

„Piotruś z bajki” a rzeczywistość

To chyba nie tak, że wiek XXI jest wiekiem „Piotrusia Pana”. Posługując się obrazem Tuwimowskich natężających się beznadziejnie atletów, trudno byłoby znaleźć potwierdzenie tej tezy. Choćby z tego powodu, że bajkowy Piotruś nie żyje w próżni – której natura nie toleruje – i byłoby mu smutno, gdyby nie znalazł obok siebie godnego wsparcia. Tak też jest i w omawianej kwestii. Więc nasz chłopczyna otrzymał mocny sukurs – jego towarzyszką jest bowiem lala Barbie.

Wszyscy to znamy: do przesady cekinowo-cukierkowo kolorowa i słodka, lśniąca i sztuczna, głupio przemądrzała, ale bardzo sprytna i równie mocno zakochana w sobie, jak bajkowy partner. Obydwie „twarze” współczesnej antykultury i stylu życia w wersji pop współistnieją i wyznaczają także u publiczności pułapy pragnień i ambicji.

Ewelina Jędrasik pomija w swoim dociekaniu jedną kwestię. Otóż w „tworzeniu” nowoczesnych Piotrusiów znaczny udział mają…. współczesne mamy (przecież tatusiowie z założenia są do niczego). Nic nie wymagać od swoich dzieci, szczególnie chłopców, chronić zawsze szczelną zasłoną przed samodzielnością, odpowiedzialnością i wysiłkiem – to pierwszy krok, by ukochany synek znalazł się kiedyś wśród „Piotrusiów”. Niestety, obserwuję takie zachowania i nie jest to powód do radości.

Czy możliwe są inne wzorce?

Rolę zbiorowych wychowawców brało kiedyś na siebie harcerstwo. Organizowane kolonie, wędrówki czy obozy stawały się dla chłopców (dziewczynek także) okazją do opuszczenia ciepłego, dającego poczucie bezpieczeństwa domu i rodziny. To była sposobność uczenia się samodzielności, nabywania umiejętności niezbędnych do zaplanowania sobie i innym czasu. Był to czas wysiłku organizacyjnego, pracy i potem radości, rozrywki także. Piętnowały egoizm, a rozwijały kluczowe poczucie odpowiedzialności, radzenia sobie w trudnych warunkach i krzepiły ducha działania w zespole, czyli współpracy. Otwartości i szacunku dla innych ludzi także. Uczyły rownież patriotyzmu i umiłowania ojczyzny. Zawierane wtedy znajomości i przyjaźnie dla wielu oznaczały bliską znajomość, zażyłość, które trwały całe lata. Niekiedy zwieńczone były potem na ślubnym kobiercu.

Kiedyś mówiło się, że wojsko jest dobrą szkołą życia dla młodego mężczyzny (pomijam oczywiście rozmaite patologie). Było w tym twierdzeniu dużo prawdy i sam tego na własnej skórze doświadczyłem. Tak jak kilka milionów innych chłopaków, którzy przez dwa lata bycia w wojsku strzegli granic ówczesnej „ludowej ojczyzny”.

Mężczyzna marzący o trwałym, stabilnym związku, myśli również o odpowiedniej dla siebie partnerce, kobiecie. Z którą założy rodzinę, zbuduje wspólny dom, która urodzi mu dzieci. Z którą przejdzie przez życie kochając i będąc jednocześnie najwierniejszym jej przyjacielem. Autorka zagubiła ten wątek, nie przyszło jej do głowy, że mężczyźni równie mocno czują i są gotowi do ofiarnej miłości i współtworzenia dobra. Chciałbym zapewnić, że tacy mężczyźni nie należą do wyjątków. Może tak samo trudno ich dziś dostrzec, jak równie trudno jest młodemu mężczyźnie znaleźć odpowiednią kandydatkę na prawdziwą życiową partnerkę, żonę, a nie sezonową, czy incydentalną znajomość.

Obraz ojcostwa i macierzyństwa w modlitwie

Wątek modlitwy i obrazu, wizerunku własnego ojca, kojarzącego się dziecku z Panem Bogiem, z „Ojcze nasz”, rzeczywiście jest bardzo dobrym przykładem na to, jaki powinien być mężczyzna. Wiemy też, że tego obrazu, obrazu idealnego Ojca, nie da się jakoś nałożyć na wizerunek własnego taty…. Tym większe jest cierpienie dziecka, którego ojciec nie mieści się w ramach dziecięcych pragnień i wyobrażeń. Ten brak komplementarności potem boleśnie rani i zniechęca do modlitwy, odtrąca od wiary.

Ale my, katolicy, modlimy się także do Matki Zbawiciela. Więc czyż nie powinna być Ona także wzorem dla wszystkich kobiet, matek czy dziewczyn? Czy dziś utożsamiają się one z wartościami czy cechami osobowymi także innych kobiet, bohaterek z rozdziałów Pisma Świętego (choćby ze Starego Przymierza – Estera, Rachela, Judyta) ?

Słyszałem głos pewnej zatroskanej mamy, która opowiadała, że jej syn, już po studiach, jeszcze ani razu nie zaprosił do domu dziewczyny, którą chciałby się pochwalić przed rodzicami. – Jeszcze takiej nie spotkałem – wyjaśnił mamie. Innym razem podsłuchałem rozmowę chłopaków. Mówili coś o jakichś „blacharach”. Myślałem niemądrze, że to coś związanego ze stłuczką i warsztatem samochodowym. Ale syn mi pomógł i wyjaśnił, że tak nazywane są dziewczyny, które interesują się mężczyznami wyłącznie dla posiadanych przez nich określonych marek aut.

Stosunkowo często słyszy się także o mężczyznach, ojcach, którym byłe żony i matki ich dzieci, przy współudziale sfeminizowanych sądów (nie tylko w Polsce), urządziły prawdziwe piekło. W majestacie prawa skutecznie odcięły naturalne więzi wynikające z roli bycia rodzicem. Trudno słowami określić ich gorycz, gniew i upokorzenie.

Ostatnio opinię publiczną zaszokowała informacja o 26-letniej matce, która wyrzuciła przez okno własne 4-miesięczne dziecko. Wcześniej tabloidy epatowały szczegółowymi relacjami z procesów sądowych z oskarżenia o dzieciobójstwo. Dziś także psychologowie biją na alarm. Przemoc i okrucieństwo wobec młodszych dzieci w szkołach czy w ośrodkach opiekuńczych – przy całej złożoności tej patologii – jest najczęściej domeną nastolatek.

Nie tędy droga

„Znaj proporcją, mocium panie”. Temat ról mężczyzn i kobiet jest jak przysłowiowy ocean – początku i końca nie widać. Dziś tradycyjna rodzina jest w wielkim niebezpieczeństwie. Wczorajsi bolszewicy czy rozmaici „-iści” (np. marksiści-leniniści), rozmaici krętacze idei, dla których zawołaniem bojowym była „walka klas”, wcale nie znaleźli się na śmietniku historii. Straszą nadal, dziś pod innymi postaciami.

Sztafetę przejęły medialnie nagłaśniane organizacje, gremia, które wspomagane są przez potężne ponadnarodowe lobby. Jako cel działania postawiły sobie „walkę płci”. Antagonizowanie, szydzenie i ośmieszanie, nieprawidłowe z punktu widzenia antropologii wzorce wychowawcze, narzucane jako jedyne w mediach, w Internecie, stanowią realne zagrożenie dla normalności.

Warto o tym pamiętać i wzywać do stanowczej obrony wartości. Tym razem bez „umiarkowania”, konstruktywnie, jednocześnie w sposób wyważony, przemyślany, mówić o sprawach zasadniczych dla naszej przyszłości. I trzeźwo patrzeć zarówno na złych ojców jak i pozbawione wyobraźni matki.

Przekaż wieści dalej!

Grzegorz Mucha

Grzegorz Mucha

Z urodzenia Warszawiak, z zamiłowania historyk, z wykształcenia administratywista i politolog, z potrzeby serca publicysta, z przekonania prawicowiec

Więcej artykułów autora

Pozostaw swój komentarz

kontrrewolucjanet

Nawet nie wiemy, że u nas byłeś :(

Wyłącz proszę swojego adblocka i dodaj nas do zaufanych stron. Nie wyświetlimy Ci żadnego wyskakującego okienka poza tym, które widzisz