Śmierć w strzykawce

foto: MG/kontrrewolucja.net
foto: Magdalena Gotowicka/Kontrrewolucja.net

85-letnia Belgijka Simone straciła córkę. Podobnie jak wielu rodziców, którzy musieli uporać się ze śmiercią swojego dziecka, straciła chęć do życia. Uznała, iż woli umrzeć. Doktor Mark Van Hoey twierdzi, iż pomógł Simone uporać się z cierpieniem. Czy skierował ją na terapię, zaordynował leki antydepresyjne, skonsultował z psychiatrą? Nie. Doktor Van Hoey zamordował Simone.

Coraz więcej nadużyć

Abstrahując na moment od kwestii etycznych, sprawa 85-latki budzi sprzeciw nawet w świetle belgijskiego prawa, które zezwala lekarzom na zabijanie pacjentów. Nie uznano bowiem, iż Simone cierpi na nieuleczalną chorobę. Doktor Van Hoey wiedział to doskonale, mówił o tym otwarcie w telewizji. Teraz zajmie się nim prokuratura.

Przypadek Simone nie jest jedyny. Odkąd w 2002 roku zalegalizowano w Belgii śmierć na życzenie, do prokuratury wpływają kolejne skargi od krewnych pacjentów, którzy bez wiedzy najbliższych zostali uśmierceni przez lekarzy. Części z nich nie zaoferowano nawet terapii psychologicznej. Zachowanie belgijskich lekarzy przeraża pod wieloma względami. Myśli samobójcze są przecież objawem choroby. Logicznym więc byłoby, by lekarz, w miarę możliwości rzecz jasna, starał się tę chorobę zwalczać, czy chociaż neutralizować jej objawy w sposób, który ułatwi pacjentowi funkcjonowanie.

Nie trzeba być lekarzem, by wiedzieć, że najczęstszą przyczyną myśli samobójczych są dolegliwości psychiczne. Aż 76 proc. osób hospitalizowanych z powodu depresji myślało realnie o odebraniu sobie życia. Podobnie jest w przypadku choroby afektywnej dwubiegunowej (w której przebiegu mamy do czynienia najczęściej z epizodami depresji i manii) czy zaburzenia osobowości typu borderline (powodującej np. nadmierną impulsywność czy paraliżujący lęk przed odrzuceniem). Osoba zdrowa nie planuje samobójstwa – fakt, że pacjent cierpi tak bardzo, by prosić o śmierć, powinien spowodować natychmiastową reakcję w postaci rozpoczęcia leczenia psychiatrycznego (lub zmiany tego leczenia, jeżeli jest ono już wprowadzone i, jak widać, nieskuteczne).

foto: Pixabay.com
foto: Pixabay.com

Łatwiej zabić niż leczyć?

Bywa, że pacjent jest już leczony z powodu depresji, tak jak 24-letnia Laura, inna Belgijka, która zdecydowała się na samobójstwo pod postacią tzw. eutanazji. Lekarze zdają się ignorować fakt, że pragnienie śmierci od wielu lat dręczy Laurę, jest objawem jej choroby. Logika znów nakazywałaby przyznać: pacjentka cierpi, bo jest chora, więc musimy zrobić wszystko, by zminimalizować objawy tej choroby. Czymże jest jednak logika wobec belgijskiego prawa? Skoro ktoś chce umrzeć, trzeba go uśmiercić, zamiast leczyć go „na siłę”. To nic, że właśnie owa chęć jest objawem chorobowym. Lekarz może się bowiem zgodzić na zabicie człowieka, jeżeli ulgi pacjentowi nie przynoszą środki, na jakie zgadza się (sic!) dana osoba.

W praktyce oznacza to, że podanie ratującego zdrowie leku wbrew woli pacjenta jest złe, natomiast zabicie go – już nie. Większość zaburzeń psychicznych, które prowadzą do prób bądź myśli samobójczych, nie musi kończyć się śmiercią. Znam osobiście ludzi żyjących z depresją, chorobą dwubiegunową, borderlinem. Mają rodziny, uczą się, pracują, są szczęśliwi. Bywają owszem okresy, gdy choroba przytłacza ich w sposób dramatyczny. Nie jest to jednak rzecz stała i niezmienna. Nie wszystkie osoby, które odczuwają chęć odejścia, faktycznie popełniają samobójstwo.

Spośród całej populacji jedynie 0,5 proc osób podejmuje próbę odebrania sobie życia, z kolei jedna na 20 prób kończy się śmiercią. Lekarz, który uśmierca pacjenta na jego życzenie, stawia się niejako w pozycji „boga”, który decyduje, iż odbierze mu szansę na szczęśliwe życie. Niezależnie od tego, ile tego życia jeszcze pozostało. Bo przecież choroba, nawet nieuleczalna i wyjątkowo bolesna, nie oznacza, iż całe dalsze życie nie ma już sensu. Udowodniły to choćby św. Teresa z Lisieux, św. Faustyna Kowalska czy Marta Robin. Jasnym jest, że pacjent cierpiący na złośliwy nowotwór czy stwardnienie rozsiane będzie odczuwał brak chęci do życia i rozpacz. Czemu jednak, zamiast uśmierzać ową rozpacz, pozbywamy się pacjenta?

foto: Wikimedia Commons
foto: Wikimedia Commons

„Lepiej, żebyś nie żył”

Zwolennicy tzw. eutanazji, jak doktor Van Hoey, powtarzają uparcie: pacjent podjął świadomą, dojrzałą decyzję. Jeżeli jednak uznamy, że chęć odejścia świadczy o problemie natury psychicznej, że rzeczywistość postrzegana przez przyszłego samobójcę jest zniekształcona, ponieważ nie widzi on dla siebie żadnej przyszłości. Jak więc można mówić o świadomej decyzji?

Pojawiają się też argumenty o rzekomo „godnej śmierci” – czy odejście w gronie najbliższych, w zgodzie z Bogiem i po przyjęciu sakramentów jest mniej godne niż bycie ofiarą zabójstwa w białych rękawiczkach? Czy stwierdzenie, że ktoś zasługuje już tylko na śmierć, nie odbiera mu godności?

„Eutanazję” przedstawia się też jako akt miłosierdzia, współczucia czy zrozumienia. Tymczasem zabicie cierpiącego człowieka oznacza, iż kompletnie zrzucamy z siebie odpowiedzialność za pomoc i ulżenie mu w cierpieniu. Przekazujemy mu swoisty komunikat: „Tak, masz rację, twoje życie nie ma już żadnej wartości, nigdy nie będziesz już szczęśliwy. Lepiej, żebyś umarł”.

Ten sam komunikat trafia do społeczeństwa, w którym osoby starsze, chore, niepełnosprawne stają się postrzegane niczym balast, niepotrzebny obowiązek. Nie dziwi w tej perspektywie, iż prawo zezwalające na legalne zabójstwo jest coraz częściej wykorzystywane jako wytrych do pozbycia się starszych czy chorych krewnych. Skoro życie przykutej do łóżka babci i tak nie ma żadnej wartości, czemu mamy męczyć się z opieką nad nią? Lepiej po prostu ją uśmiercić. A żeby pozbyć się dyskomfortu psychicznego, wmówimy sobie, że to dla jej dobra i nazwiemy całość „zabiegiem eutanazji”.

Również dla niektórych lekarzy (niegodnych tego miana) „eutanazja” może być pójściem po linii najmniejszego oporu. Skoro nie radzę sobie z pacjentem, skoro nie potrafię sprawić, by poczuł się lepiej, widocznie tylko śmierć może mu ulżyć. Jeżeli uznamy, że zabicie drugiego człowieka jest zgodne z prawem – że jest nie tylko nie jest moralnie złe, ale wręcz może uchodzić za „akt miłosierdzia” – otworzymy tym samym drzwi do coraz liczniejszych nadużyć i zbrodni. Eugeniczny sposób myślenia każe nam kolejno usuwać wszystkich, których życie stanie się dla nas bezwartościowe. Bo to właśnie myślenie eugeniczne powoduje, że osoby takie jak doktor van Hoey działają coraz śmielej.

foto: FreeImages.com
foto: FreeImages.com

Cierpienie, godność, życie

Jeżeli spojrzymy na problem z perspektywy chrześcijanina, pojawią się dodatkowe kwestie. Pomijam już oczywistość faktu, że „eutanazja” jest po prostu grzechem przeciw piątemu przykazaniu, o czym przypomniał św. Jan Paweł II. Nikt z nas nie jest Bogiem i nie ma prawa decydować o życiu i śmierci drugiego człowieka. W osobie, która prosi o „eutanazję”, musimy umieć dostrzec człowieka potrzebującego wsparcia, bliskości. Nierzadko wołanie o śmierć jest tak naprawdę wołaniem o pomoc. Tak było choćby w przypadku Janusza Świtaja, który po tragicznym wypadku stracił możliwość poruszania się i samodzielnego oddychania. Gdy mężczyzna publicznie domagał się „eutanazji”, lewicowe media często używały jego przykładu, by przekonać społeczeństwo o potrzebie zalegalizowania „śmierci na życzenie” Po tym, gdy otrzymał od Anny Dymnej realne, konkretne wsparcie – nie w umieraniu, lecz w życiu – Janusz Świtaj nie tylko zaprzestał próśb o „eutanazję”, ale i aktywnie działa w fundacji aktorki. – Warto żyć, ponieważ życie mamy tylko jedno i, pomimo tak znacznego stopnia niepełnosprawności, nie polega ono na tym, żeby przeleżeć je w łóżku, czekając na obrócenie z boku na bok – powiedział niedawno Świtaj, odbierając nagrodę za swoją działalność w fundacji.

Warto jednak przytoczyć problem samego cierpienia, które jest przecież nieodłącznym elementem życia. Z punktu widzenia chrześcijanina może być drogą do osiągnięcia zbawienia, nauczenia się pokory, odnalezienia Boga. Współczesny świat stara się cierpienie, podobnie jak starość i choroby, wymazać. Są mało medialne, nieatrakcyjne, brzydkie. Zamiatamy je pod dywan, retuszujemy na zdjęciach, a gdy nadal uparcie wdzierają się w codzienność, sięgamy po śmiertelny zastrzyk.

Jako chrześcijanie musimy otwarcie przeciwstawić się eugenicznemu spojrzeniu na świat i swoim codziennym postępowaniem, choćby w najdrobniejszych uczynkach, dawać świadectwo szacunku dla ludzkiego życia oraz godności cierpienia.

Przekaż wieści dalej!

Magdalena Gotowicka

Magdalena Gotowicka

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Z wykształcenia polonistka, z zamiłowania pożeraczka filmów. Pasjonatka twórczości Tolkiena.

Więcej artykułów autora

Magdalena Gotowicka

Magdalena Gotowicka

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Z wykształcenia polonistka, z zamiłowania pożeraczka filmów. Pasjonatka twórczości Tolkiena.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.