Maciejewska: Czy grozi nam „tęczowy kaczyzm”? Jak PiS tylnymi drzwiami wprowadza gender

Wyznawcy Prawa i Sprawiedliwości w jednej kwestii zdają się ufać lewackim mediom. Wierzą bowiem, że obecny rząd jest najbardziej „homofobicznym” i „zaściankowym” w Europie, a może nawet na świecie. Czy rzeczywiście tak jest, czy jednak grozi nam „tęczowy kaczyzm”?

Jarosław Kaczyński wprowadza gender tylnymi drzwiami?/Fot. Piotr Drabik, CC BY 2.0, Flickr/Pixabay (kolaż)
Jarosław Kaczyński wprowadza gender tylnymi drzwiami?/Fot. Piotr Drabik/CC BY 2.0/Flickr/Pixabay (kolaż)

Jeszcze w 2014 roku Prawo i Sprawiedliwość w swoim programie przekonywało, że „groźne dla rodziny i rodzicielstwa w Polsce jest też szerzenie się ideologii gender”.

– Jej rozpowszechnianie ma charakter sztuczny, warunkowany przede wszystkim przez strumienie środków finansowanych, w znacznej mierze zewnętrznych. Niemniej jej oddziaływanie rośnie, szczególnie wśród części młodzieży i przyczynia do szerzenia postaw niesprzyjających zakładaniu rodziny i posiadaniu dzieci – czytamy w dokumencie.

– Postawienie barier szerzeniu się ideologii gender jest ważne. Ważniejsze są jednak działania na rzecz umocnienia rodziny, obrony rodzicielstwa, szczególnej roli matki i szacunku dla macierzyństwa, które powinno być traktowane nie jako obciążenie, ale wyróżnienie i przywilej. Podniesiona musi być też ranga ojcostwa, podkreślana rola wielodzietnej rodziny. Dopiero podjęcie tych wszystkich zabiegów łącznie zmieni obecną niekorzystną sytuację – czytamy dalej.

Co zrobił PiS? Uznał, że ważniejsze od wypowiedzenia genderowej Konwencji Stambulskiej jest kupowanie głosów obywateli za ich własne pieniądze – rozszerzone 500 Plus, matczyna emerytura, czy trzynastka dla emerytów. Co znamienne, ideologia gender wypacza właśnie postrzeganie rodziny, macierzyństwa i ojcostwa, a więc tego, w co „inwestuje” PiS.

Warto przypomnieć, że batalia o ową konwencję – o pełnobrzmiącej nazwie Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej – w Polsce toczyła się jeszcze przed wyborami prezydenckimi z maja 2015 roku. Dokument Rady Europy został otwarty do podpisu 11 maja 2011 roku. Polska podpisała go 18 grudnia 2012 roku.

15 marca 2015 roku – w trakcie kampanii przed wyborami prezydenckimi – Andrzej Duda zapewniał, że „jeżeli zostanę prezydentem, absolutnie nie ratyfikuję tej konwencji”. – To akt prawny, który niesie w sobie wyjątkowe niebezpieczeństwo i wyjątkową perfidię – stwierdził podczas wystąpienia w Nysie.

Dzień wcześniej Bronisław Komorowski poinformował bowiem, że podpisał ustawę wyrażającą zgodę na ratyfikację Konwencji Stambulskiej. Ostateczna decyzja miała rzekomo zapaść po analizie dokumentu od strony prawnej. Duda, z wykształcenia prawnik, zaapelował do Komorowskiego, aby nie ratyfikował konwencji. – Uważam, że jest ona niebezpieczna dla polskiego społeczeństwa i dla przyszłości naszego państwa – ocenił.

Jak podkreślił, w dokumencie pojawiają się „pojęcia sprzeczne z naszą tradycją i kulturą”. – Pojęcie płci społeczno-kulturowej jest w polskim prawie niezdefiniowane, a większość ludzi patrząc zdroworozsądkowo zdaje sobie sprawę z tego, że o płci decyduje natura, a nie jakieś względy społeczno-kulturowe – mówił wówczas Duda.

Ostatecznie, za sprawą Bronisława Komorowskiego, Polska ratyfikowała Konwencję „antyprzemocową” 27 kwietnia 2015 roku. Weszła ona w życie 1 sierpnia 2015 roku – na pięć dni przed objęciem przez Andrzeja Dudę urzędu prezydenta.

Wobec zdecydowanego sprzeciwu obecnego prezydenta wydawać by się mogło, że pięć dni nie powinno zaważyć w tak istotnej sprawie i konwencja zostanie wypowiedziana. Zwłaszcza, że jesienią PiS wygrał wybory parlamentarne. Jednak nic bardziej mylnego.

Jak podkreślał Jan Pospieszalski, w wywiadzie, który przeprowadził z prezydentem Andrzejem Dudą zapytał go, czy Polska nie powinna wypowiedzieć Konwencji Stambulskiej. Prezydent miał stwierdzić, że nawet jeśli nasz kraj ją podpisał, to przecież nie musi stosować.

Dlaczego Konwencję antyprzemocową określa się mianem konwencji genderowej?

Przede wszystkim pojawia się tam definicja „płci” jako uwarunkowanej społecznie a nie biologicznie. – „Płeć” oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn – czytamy w art. 3 konwencji.

– Ten potworek legislacyjny, on nie walczy z przemocą. On tak naprawdę spełnia postulaty środowisk LGBT, środowisk homoseksualnych – mówiła w Sejmie Beata Kempa. – Jesteśmy przeciwni tej konwencji i uważamy, że ona nie powinna być w ogóle przyjmowana – oświadczyła antenie programu trzeciego Polskiego Radia Beata Szydło.

Oczywiście były to głosy sprzed wygranych przez PiS wyborów. Rzeczywistość „dobrej zmiany” okazała się bardziej rozczarowująca niż można by się tego spodziewać po obietnicach i głosach słyszanych w kampanii.

W kwietniu 2018 roku Jarosław Kaczyński wyraźnie oświadczył, że Polska nie wypowie Konwencji Stambulskiej. Jak stwierdził, nie ma takiej potrzeby, bo PiS i tak nie realizuje jej zapisów. Jednocześnie postawił wyborcom swoiste ultimatum: „dopóki rządzi PiS, nie będzie w Polsce małżeństw homoseksualnych”.

LGBTVPiS

Co ciekawe, pod rządami PiS LGBT wchodzi tylnymi drzwiami. Neomarksiści wiedzieli, że od „tradycyjnej” rewolucji, skuteczniejszy jest marsz przez instytucje – a więc także oswajanie społeczeństwa z nowymi „standardami” poprzez sztukę, czy przekazy medialne.

Wątki homoseksualne pojawiały się w polskich serialach już za czasów poprzednich ekip rządzących. Ci, którzy liczyli na powrót konserwatywnych wartości – przynajmniej w produkcjach TVP – gorzko się rozczarowali.

W sztandarowych serialach TVP nadal pojawiają się wątki „gejowskiej miłości”. W „Barwach szczęścia” grany przez Andrzeja Niemyta Darek jest zawodowym piłkarzem, który zakochuje się… w postaci granej przez Przemysława Stippa, Władka. Ostatecznie panowie „zostają parą”.

Również w nowszej produkcji „Za marzenia” pojawia się homowątek – tym razem postać lesbijki. Paulina Chruściel wcieliła się w rolę aktorki-lesbijki Ingi Malik. W jednym z odcinków nastąpił jej „coming out” – podczas premiery teatralnej publicznie pocałowała swoją „dziewczynę”.

Ponadto podczas festiwalu w Opolu w 2018 roku wystąpił zespół Girls on Fire z piosenką „Siła kobiet”, która była nieoficjalnym hymnem czarnych marszów. W teledysku pojawiły się nawiązania do feministycznych inicjatyw i symbole LGBT: „Polka Walcząca” (czyli przerobiony znak Polski Walczącej, który miał podnosić na duchu polskich patriotów w czasie II wojny światowej, stał się symbolem walki z okupantem, od 2014 roku chroniony prawnie jako dobro ogólnonarodowe), #CzarnyProtest, wieszak – symbol walki o prawo do zabijania dzieci nienarodzonych, a także sześciobarwna flaga LGBT.

– Powołanie Rady Artystycznej było warunkiem Miasta Opole zawarcia umowy z Telewizją Polską na organizację Festiwalu. Zadaniem Rady jest selekcja nadesłanych w wersji audio utworów, czyli pod dyskusję i ocenę Rady poddawana jest tylko i wyłącznie wartość artystyczna utworu, tzn. słowa i muzyka, a nie teledysk. Skład Rady Artystycznej stanowią eksperci z różnych środowisk, o różnych gustach, poglądach i upodobaniach. W opinii Biura Prawnego Telewizji Polskiej sam tekst oraz warstwa muzyczna piosenki „Siła kobiet” nie stoi w sprzeczności z przepisami ustawy o radiofonii i telewizji, nie narusza innych praw, ani nie obraża niczyich uczuć – oświadczyła TVP.

Ponadto Telewizja Polska z zadowoleniem przyjęła wyjaśnienia zespołu, który w swoim komunikacie odciął się od „przypisywanych feministycznych idei i kultury śmierci”. Brzmi wiarygodnie, prawda?

Skończyło się na tym, że jeszcze przed rozpoczęciem imprezy TVP zerwała umowę z pracownikiem delegowanym do Rady Artystycznej opolskiego festiwalu, który zakwalifikował piosenkę do koncertu Debiuty.

– Od swoich pracowników wszakże Telewizja Polska oczekuje wyjątkowej wyobraźni, wrażliwości i wnikliwości, tak aby nie wzbudzać niepotrzebnych kontrowersji i nie dawać nikomu asumptu do kreowania negatywnych emocji – zaznaczyła TVP. A zespół i tak wystąpił i wygrał Debiuty.

Aborcja prawem kobiet?

Warto przypomnieć również, jak PiS podchodzi do kwestii tzw. aborcji. Wymownym posunięciem było powołanie na stanowisko ministra rodziny, pracy i polityki społecznej Bożeny Borys-Szopy. Polityk podczas głosowania nad losem projektu „Stop Aborcji” zagłosowała przeciwko, mimo że wcześniej – jak większość partyjnych kolegów – optowała za dalszym jego procedowaniem.

Później, jako szefowa sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, skutecznie zamroziła prace nad projektem „Zatrzymaj Aborcję”. Tak PiS realizuje przedwyborcze obietnice obrony życia.

Między młotem a kowadłem?

Partia rządząca wydaje się dawać wyborcom alternatywę: albo my będziemy rządzili albo do Polski wkroczy gender. Jednak, patrząc na realne działania rządzących, można mieć uzasadnione obawy, że jedno nie wyklucza drugiego.

Czy zatem grozi nam „tęczowy kaczyzm”? Nawet jeśli obecna opcja rządząca nie postawiła sobie za (ukryty?) cel „genderyzacji” Polski, to jednak robi wszystko, żeby nie przeszkadzać w tym aktywistom i zwolennikom LGBT. A przecież politycy Prawa i Sprawiedliwości jasno deklarowali, że widzą w ideologii gender poważne zagrożenie dla narodu polskiego. Rządzącym najwyraźniej wydaje się, że odpowiadają wyłącznie przed Bogiem i historią (co w politycznej praktyce oznacza zwykle bezkarność, brak rozliczeń i arogancję).

W systemie demokratycznym można by – przynajmniej w teorii – liczyć na to, że rozliczenie przyjdzie przy urnach wyborczych. Jednak nie zapominajmy o tym, że tutaj dwóch panów spod budki z piwem może więcej niż jeden profesor. Poza tym programy socjalne dla wielu są synonimem „prezentu” od rządu – a kto nie lubi być obdarowywany (co z tego, że z własnych pieniędzy)? Inni natomiast ślepo wierzą w propagandę albo wybierają PiS jako „mniejsze zło”. Ale czy aby na pewno mniejsze?

– Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm – pisał w encyklice „Centesimus Annus” Jan Paweł II. Jesienne wybory to zatem najwyższy czas na znalezienie wartości na polskiej scenie politycznej – nie tylko w płomiennych kampanijnych przemówieniach, lecz przede wszystkim w realnej działalności przedstawicieli, których wybierzemy.

Przekaż wieści dalej!

Marta Maciejewska

Marta Maciejewska

Absolwentka politologii, dziennikarka, konserwatystka, antyfeministka. Najlepiej czuję się w zaściankowym ciemnogrodzie.

Więcej artykułów autora

Marta Maciejewska

Marta Maciejewska

Absolwentka politologii, dziennikarka, konserwatystka, antyfeministka. Najlepiej czuję się w zaściankowym ciemnogrodzie.

One thought on “Maciejewska: Czy grozi nam „tęczowy kaczyzm”? Jak PiS tylnymi drzwiami wprowadza gender

  • Avatar
    8 lipca 2019 at 17:10
    Permalink

    PiS jest proaborcyjny prolbgt .PiS to post komuna która odda wszystko za salony w Brukseli
    PiS to zdrajcy
    I jeśli pisuarom się wydaje że Polacy ulegną prostytucji LBGT to się myli

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.