Siostra Faustyna

Foto: Wikimedia Commons
Foto: Wikimedia Commons

Przed śmiercią przez wielu niewtajemniczonych w jej życie duchowe uznawana za histeryczkę – w tym także przez część sióstr ze swojego zgromadzenia i najbliższą rodzinę. Dzisiaj nazywa się ją Sekretarką Bożego Miłosierdzia. Jak wiele wiemy o tej polskiej świętej, którą zna cały chrześcijański świat?

Dzieciństwo i wczesna młodość

Helena Kowalska, czyli przyszła siostra Faustyna,  przyszła na świat 25 sierpnia 1905 roku jako trzecia z dziesięciorga rodzeństwa (przy czym dwie jej siostry zmarły w niemowlęctwie). Jej matka, Marianna, wspominała po latach, że Helenka przyniosła jej szczęście – po ślubie przez 10 lat nie mogła zajść w ciążę, zaś porody dwóch pierwszych córek odbywały się z komplikacjami i cudem nie przypłaciła ich życiem. Natomiast ta ciąża i poród – jak i później każdy kolejny – przebiegły już bez problemów.

Od dzieciństwa była bardzo pobożna – głównie za sprawą ojca, który od wczesnych godzin porannych głośno śpiewał pieśni religijne i modlitwy. Była też ulubienicą rodziców – najposłuszniejsza z rodzeństwa, zawsze chętna do pomocy i sumiennie wykonująca swoje obowiązki. Największym zmartwieniem było dla niej to, że nie może uczestniczyć każdej niedzieli we Mszy świętej, ponieważ posiada tylko jedną porządną sukienkę, którą musiała dzielić się z siostrami.

Miała 7 lat, kiedy w kościele parafialnym w Świnicach Warckich doznała pierwszego głębokiego duchowego przeżycia – „usłyszała” w sercu wezwanie do doskonalszego życia. Nie wiedziała wówczas, co oznaczało to zaproszenie, czym miałoby być to doskonalsze życie, prawdopodobnie nie słyszała jeszcze nigdy o klasztorach. Nie wiedziała też, skąd pochodził ten głos, nie umiała opisać swojego doświadczenia. Zrozumiała je dopiero po kilkunastu latach. Od tego czasu widziała w domu dziwne błyski i światłość, jednak rodzice nie traktowali jej opowiadań poważnie, tłumacząc to jako zwykłe przywidzenia.

W 1917 roku Helena Kowalska rozpoczęła naukę w szkole podstawowej – trwała ona zaledwie trzy lata. Rodziców nie było stać na to, żeby ich córki mogły się dłużej kształcić, tak więc i ona po zdobyciu podstawowych umiejętności opuściła szkołę i zaczęła pracę jako służąca.

Wyjechała do Aleksandrowa Łódzkiego, gdzie podjęła swoją pierwszą służbę. Była bardzo ceniona za pracowitość i znajomość prac domowych. Pewnego dnia na podwórzu swoich pracodawców zobaczyła ogromną jasność – przerażona krzyknęła, że wybuchł pożar, ale nikt oprócz niej widział ani ognia, ani żadnej nadzwyczajnej jasności. Jedna z jej sióstr powie po latach, że wtedy „Helence Pan Jezus się ukazał”. Pracodawcy wezwali lekarza, a rodzicom wysłali informację, że ich córka dostała pomieszania zmysłów. Ona sama o swoim widzeniu nic więcej nie mówiła, jednak krótko po tym porzuciła pracę i wróciła do domu aby prosić rodziców o zgodę na wstąpienie do zakonu.

Foto: Wikimedia Commons
Foto: Wikimedia Commons

Droga do klasztoru

W 1922 roku Helena Kowalska wróciła do domu, do Głogowca. Poinformowała swoich rodziców, że chce zostać zakonnicą. Nie wiadomo, czy spodziewała się sprzeciwu – ale właśnie taka była ich reakcja. Nie należy się temu zbytnio dziwić, mimo że byli to przecież ludzie pobożni – zapewne liczyli na dalszą pomoc córki, tak finansową, jak i fizyczną podczas prac domowych i przy młodszym rodzeństwie. Drugi powód, również bardzo ważny – rodzina Kowalskich była biedna, więc nie byłoby jej stać na posag dla córki, który był wtedy wymaganym warunkiem dla kandydatek do klasztoru. Jesienią tego samego roku wyjechała  więc do Łodzi w poszukiwaniu nowej pracy. To właśnie w tym mieście, w parku Wenecja, nastąpiło przełomowe wydarzenie w jej życiu.

Do parku przyszła razem z dwoma siostrami i koleżanką – odbywał się festyn, na który Helena Kowalska niespecjalnie miała ochotę się wybrać, ale uległa namowom pozostałych dziewcząt. W pewnym momencie młody mężczyzna poprosił ją do tańca – jednak po zaledwie kilku krokach ukazuje się jej Jezus. W „Dzienniczku” czytamy, że usłyszała z Jego ust następujące słowa: „Dokąd cię cierpiał będę i dokąd mnie zwodzić będziesz?”. Wstrząśnięta wybiegła z parku i udała się do najbliższego kościoła.  W czasie modlitwy po raz kolejny tego dnia usłyszała słowa Jezusa, który nakazał jej jechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Nie zważając na to, że poprzednim razem nie otrzymała zgody rodziców oraz że nie otrzyma jej zapewne i teraz – pierwszym możliwym pociągiem wyruszyła sama do zupełnie obcego sobie miasta, aby szukać zgromadzenia, które zgodzi się ją przyjąć.

Tak więc latem 1924 roku Helena Kowalska znalazła się w Warszawie – zagubiona poprosiła o pomoc Matkę Bożą i od razu usłyszała w duszy wskazówki co do dalszych działań. Pojechała do jednej z podwarszawskich wsi, gdzie znalazła nocleg, następnego dnia wróciła do stolicy i weszła do pierwszego kościoła, który zobaczyła w nowym miejscu. Tam znalazła księdza, któremu opowiedziała o swoich widzeniach i poprosiła, aby skierował ją do klasztoru. Ten jednak dał jej adres kobiety potrzebującej pomocy domowej, u której miała się na razie zatrzymać oraz obiecał, że Bóg na pewno pokieruje nią dalej. Helena po raz kolejny podjęła służbę u obcych ludzi, ale w międzyczasie nieustannie szukała w mieście zgromadzenia, które  zgodziłoby  się ją przyjąć.

Jej niskie urodzenie, brak wykształcenia, zgody rodziców i – przede wszystkim – posagu czyniło to zadanie prawie niemożliwym. W końcu jednak trafiła do klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, jedynego chyba w ówczesnej Warszawie, które przyjmowało dziewczęta z ubogich rodzin. Należały do tak zwanego drugiego chóru, do pierwszego należały panny o dobrym wykształceniu, pochodzące z rodzin z bogatymi tradycjami. Został jej postawiony warunek – zostanie przyjęta, jeżeli uzbiera pieniądze na podstawową, skromną wyprawkę. Uszczęśliwiona Helena zgodziła się i 13 miesięcy później, latem 1925 roku, nareszcie może wstąpić do zakonu.

Życie zakonne

Helena Kowalska rozpoczęła postulat, który  trwał niespełna rok. Mimo że wstąpienie do klasztoru było spełnieniem jej marzeń, początkowa radość szybko mija. Przyszła święta nie odnajduje się w swoim zgromadzeniu – była zawiedziona tym, że zbyt mało czasu jej zdaniem poświęcano  na modlitwę. Siostry Matki Bożej Miłosierdzia zajmowały się dziewczętami i kobietami upadłymi, a także dziewczętami ze środowisk zagrożonych patologią. Pracowały więc nie tylko na swoje utrzymanie, ale i na swoje podopieczne, zapewniając im skromne warunki mieszkaniowe, wyżywienie i edukację. Helena została skierowana do pracy w kuchni – to zajęcie pochłaniało większość jej czasu, podczas gdy wolałaby poświęcić go na adorację.

Badacze duchowości siostry Faustyny zgodnie podkreślają, że najlepszym dla niej miejscem byłby zakon kontemplacyjny, ona sama również pisała, że lepiej czułaby się w klasztorze o ściślejszej regule. Dlatego po zaledwie trzech tygodniach postanowiła zrezygnować i poszukać innego miejsca, jednak nie zdążyła poinformować o tym swoich przełożonych. Znowu ukazał się jej Jezus. – „Tu cię wezwałem, a nie gdzie indziej” – powiedział przyszłej świętej. Została więc i 30 kwietnia 1926 roku miały miejsce jej obłóczyny, na których otrzymała habit oraz imię zakonne Maria (jak wszystkie siostry w zgromadzeniu) Faustyna. Na uroczystość nie przybył nikt z jej rodziny – prawdopodobnie rodzice w dalszym ciągu nie mogli się pogodzić z wyborem córki. Może o tym świadczyć fakt, że mimo próśb nie przysłali jej odpisu z parafialnej księgi chrztów.

Siostra Faustyna żyła w zgromadzeniu 13 lat. Siostry Matki Bożej Miłosierdzia prowadziły w całej Polsce wiele domów, więc często zmieniała miejsce pobytu, była kierowana do różnych miast w zależności od potrzeb, jednak łącznie najwięcej czasu spędzi w krakowskich Łagiewnikach. Była kierowana do różnych prac – najczęściej w kuchni, ale wykonuje też obowiązki ogrodniczki, furtianki czy ekspedientki w piekarni prowadzonej przez siostry zakonne. Nie zawsze spotykała się z sympatią sióstr. Niektóre z nich uważały ją za histeryczkę, inne za osobę mającą zbyt wysokie mniemanie o sobie.  Wszystko za sprawą jej objawień, o których co prawda nie rozpowiadała, ale które utrzymywały ją w specyficznym stanie ducha, widocznym dla jej otoczenia i różnie interpretowanym. Jeżeli sprawiało jej to cierpienie – zawsze ofiarowywała je Jezusowi w intencji grzeszników z prośbą o ich nawrócenie.

Przez prawie cały okres życia zakonnego Faustyna chorowała na gruźlicę płuc i przewodu pokarmowego, jednak choroba zostaje zdiagnozowana dosyć późno, co uniemożliwia już jej wyleczenie. Podczas pierwszego badania mającego stwierdzić, czy była to faktycznie gruźlica, choroba była jeszcze we wczesnym stadium, niedającym jednoznacznych objawów. Drugie badanie miało miejsce kilka lat później – kiedy nie było już szans na wyleczenie. Duży wpływ miała na to m.in. postawa siostry pracującej w zakonnej infirmerii, która  nie wierzyła  w dolegliwości dokuczające siostrze Faustynie. Uważała, że ta symuluje lub rozczula się nad sobą. Podejrzane wydawały się jej również nagłe poprawy stanu jej zdrowia (zazwyczaj wtedy, kiedy Chrystus dawał jej zadanie do wykonania) i późniejsze pogorszenia, które odbierała jako uciekanie od obowiązków i pracy fizycznej. Jednak sama Faustyna nigdy nie miała o to do niej żalu – jeżeli cierpiała z jej powodu, mówiła o tym tylko Jezusowi, nie skarżyła się za to przełożonym ani też innym siostrom.

Życie mistyczne

Życie duchowe siostry Faustyny jest kojarzone przede wszystkim z objawieniami Jezusa, który nakazał jej namalowanie obrazu, który będzie czczony w każdym kościele oraz podyktował tekst modlitwy znanej jako Koronka do Bożego Miłosierdzia. I chociaż rzeczywiście stanowiło to jej najważniejsze zadanie, to skupiając się na tym tylko aspekcie, pomijamy całą głębię mistycznego zjednoczenia z Bogiem, jakie przeżywała święta.

Święta siostra Faustyna prawdopodobnie nie znała dzieł św. Jana od Krzyża – gdyby bowiem je czytała, o wiele łatwiej byłoby jej zrozumieć wszystko, co się z nią działo po wstąpieniu do klasztoru, a nawet wcześniej. Opisywał on całą drogę do duchowej doskonałości, którą osiąga się nie tyle dzięki własnej pracy, co dzięki wyjątkowej Bożej łasce, którą obdarowuje wybrane dusze.

Niestety, niewykształcona zakonnica z drugiego chóru nie miała pojęcia o mistyce,  nie mogła też liczyć na pomoc ze strony przełożonych czy spowiedników (z jednym wyjątkiem, był nim ojciec Józef Andrasz) – aż do momentu, w którym poznaje księdza Michała Sopoćkę, dzisiaj błogosławionego. To właśnie on – jeden z wielu spowiedników, którzy mieli okazję poznać siostrę Faustynę – okazał się przewodnikiem duchowym, o jakiego od długiego czasu się modliła. To na jego polecenie zaczęła pisać „Dzienniczek”, który był zapisem objawień Boga siostrze Faustynie.

Święta od dziecka miała wizje i słyszała głos Chrystusa – to on zaprowadził ją do Warszawy, pomógł jej odnaleźć odpowiednie zgromadzenie i umacniał ją w chwilach słabości. Towarzyszył jej od zawsze. Dlatego niezrozumiałym i trudnym doświadczeniem była dla niej tak zwana „ciemna noc ducha i zmysłów”.

Foto: Wikimedia Commons
Foto: Wikimedia Commons

„Noc”

Doświadczali jej najwięksi mistycy i święci Kościoła, opisywał ją wspomniany już św. Jan od Krzyża, nazywany zresztą „ekspertem od nocy”. Jest to stan duchowej pustki, osamotnienia i rozpaczy, przeżywany tym dotkliwiej, że wcześniej obecność Boga odczuwało się w bardzo intensywny sposób, również dzięki objawieniom. „Noc ciemna” wiąże się z oczyszczeniem, wypaleniem w duszy wszystkiego, co nie pochodzi o Boga, co zmysłowe i niedoskonałe. Faustyna miała wrażenie, że Bóg ją opuścił – ten stan trwał prawie rok. Kiedy jej dusza została oczyszczona, nastąpiło niezwykłe wydarzenie – duchowe zrękowiny, czyli poczucie ogromnej, wcześniej niedoświadczanej bliskości z Bożą miłością.

Od tej pory Faustyna nie będzie już miała wizji w zmysłowym ich rozumieniu, czyli widzeń, nie będzie też słyszała głosu Boga. Dzięki oczyszczeniu  dostąpi łaski „objawień wlanych”, opisywanych przez nią jako intensywne rozbłyski w duszy, które mimo iż trwają krótki moment, pokazują jej więcej, niż najdłuższe wizje odbierane za pomocą wzroku. Są to objawienia pomijające zmysły, a odbywające się bezpośrednio w duszy, wcześniej odpowiednio przygotowanej przez Boga. Ciemnej nocy święta doświadczy pod koniec życia raz jeszcze – będzie jednak ona trwała znacznie krócej, Faustyna będzie też już wiedziała, że jest to stan przejściowy, po którym znowu połączy się z Bogiem.

– „Chcę cię poślubić sobie” – usłyszała święta siostra Faustyna. Najpierw przeżyła wewnętrzny ślub duszy z Bogiem, nazywany w mistyce zjednoczeniem przeobrażającym. Jest to stan, w którym „dusza wchodzi najgłębiej w swego ducha, osiągając poziomy, gdzie mieszka Bóg”. Kilka dni później doświadczyła mistycznych zaślubin, znanych bardzo nielicznym mistykom, stanowiących kulminacyjny moment całego jej życia duchowego. Faustyna opisywała to w taki sposób, że jej serce zaślubiło się z sercem Jezusa, jej serce odczuwało drgnienia Jego Serca. Odczuwała bezpośrednio Jego miłość, ale i Jego cierpienie (tak fizyczne jak i duchowe). Do końca życia pozostała w tym bezpośrednim współodczuwaniu wszystkiego razem z Chrystusem.

Inne zjawiska mistyczne towarzyszące życiu duchowemu siostry Faustyny to dar przenikania serc (widziała, czy osoba, z która rozmawia, jest w stanie łaski uświęcającej, potrafiła też rozpoznać jej grzechy), dar proroctwa oraz dar „przytulania” głowy do serca Jezusa i Maryi – święta odczuwała wówczas, że spoczywa ich sercu, skąd płynie do niej pocieszenie w trudnych chwilach oraz ogromna miłość.

Faustyna otrzymała wewnętrzne stygmaty – w miejscu pięciu ran Jezusa odczuwała bardzo intensywny ból, czuła też ból na głowie, w miejscu,  gdzie Jezus miał nałożona cierniową koronę. Nie były widoczne tak jak na przykład u św. ojca Pio. Były to stygmaty duchowe, których odczuwanie nasilało się w piątki, a także podczas kontaktu z osobami żyjącymi w grzechu.

Mało znanym faktem jest też to, że siostra Faustyna otrzymała dar bilokacji, związany z jednym wydarzeniem z jej życia. Kiedy była już poważnie chora i łagiewnicki klasztor opuszczała tylko na wizyty w szpitalu, przeniosła się fizycznie się do filii klasztoru w Walendowie, aby umocnić siostrę Placydę Putrę, która przeżywała okres zwątpienia i chciała opuścić zgromadzenie. Ich rozmowa trwała godzinę. Faustyna przebywała równocześnie w dwóch miejscach, ponieważ będąc w Walendowie nie opuściła równocześnie Łagiewnik.

Orędzie Bożego Miłosierdzia

Całe opisane wyżej życie mistyczne, a także wielka pokora i posłuszeństwo przełożonym w każdej sytuacji wystarczyłoby, aby uznać siostrę Faustynę za świętą. Jednak Bóg przeznaczył ją do szczególnego dzieła – to właśnie ona miała ogłosić światu orędzie Bożego Miłosierdzia. Zadanie, które przed nią postawiono, było niezwykle trudne, wiązało się z wieloma przykrymi doświadczeniami. Dzięki otrzymanym licznym łaskom oraz swojemu kierownikowi duchowemu Faustyna doprowadziła do końca dzieło, które jej powierzono.

Pierwszym zadaniem było namalowanie obrazu Jezusa Miłosiernego – Faustyna otrzymała je w 1931 roku. Syn Boży w wizji ukazał jej, jak dzieło powinno wyglądać. Zakonnica była przerażona – sama nie umiałaby go namalować, a przełożeni sceptycznie podchodzili do jej próśb o pomoc i znalezienie artysty, który by jej pomógł. Dopiero ksiądz Michał Sopoćko zaprowadzi ją do pracowni Eugeniusza Kazimirowskiego, który namaluje pierwszy obraz według jej wizji. Poprawiał go wielokrotnie, jako że Faustyna ciągle uważała go za nie oddający w pełni piękna, które widziała. Dopiero po napomnieniu samego Jezusa, który powiedział jej, że siła obrazu będzie tkwiła nie w farbie czy pociągnięciach pędzla, ale w łaskach, jakie za jego pośrednictwem otrzyma ludzkość, zatwierdziła ostateczną wersję. Po śmierci świętej powstanie jeszcze kilka wersji obrazu, w tym najbardziej znany, łaskami słynący obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Adolfa Hyły. Droga do poświęcenia go i dopuszczenia do kultu religijnego była trudna i długa. Zadanie to, narażając się na liczne nieprzyjemności, niezrozumienie a nawet prześladowanie, podjął i wykonał bł. ksiądz Michał Sopoćko. Wszystko, co miało go spotkać w związku z tym dziełem, przepowiedziała mu siostra Faustyna. Zdarzało się też, że jeszcze za życia przyjmowała na siebie część cierpień, jakie spotkają później jej przewodnika duchowego.  Dzisiaj obraz „Jezu Ufam Tobie” wisi w każdym kościele – nie udałoby się to jednak bez heroizmu i wytrwałości tego kapłana.

Chrystus polecił też siostrze Faustynie przygotować świat na Jego ostateczne przyjście. W tym celu podyktował jej tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia – stało się to w październiku 1937 roku. Wtedy też objawił jej Godzinę Miłosierdzia, ściśle związaną z Koronką. Jezus związał z tym nabożeństwem obietnicę szczególnych łask. Obiecał też, że każdy, kto chociaż raz w życiu z wiarą odmówi Koronkę, dostąpi zbawienia wiecznego. Każdy, kto z ufnością będzie ją odmawiał, dostąpi łaski dobrej śmierci. Dotyczy to również tych, którzy sami nie mogą już modlić się Koronką, ale w których obecności, w czasie ich konania, będą się nią modlić inni.  Jezus określił Koronkę jako ostatnią deskę ratunku dla grzeszników, jako że pragnie obdarować swoim Miłosierdziem i zbawić każdego człowieka na ziemi. Siostra Faustyna, przebywając już w szpitalu w Prądniku, odmawiała wielokrotnie Koronkę do Bożego Miłosierdzia w obecności konających i odczuwała, jak wielka jest siła tej modlitwy. Odczuwała spokój, jaki osiągała dusza umierającego.

Pod koniec życia Faustyna otrzymała jeszcze jedno zadanie: utworzenie nowego zgromadzenia, które będzie głosiło i wypraszało światu Boże Miłosierdzie. Od razu zaczęła spisywać regułę tegoż zgromadzenia. Miało ono być takie, za jakim całe życie tęskniła, a więc skupione na modlitwie, o bardzo kontemplacyjnym charakterze, bez podziału na chóry, czyli na siostry wyższego i niższego pochodzenia. Czuła też ogromny lęk. Myślała bowiem, że Bóg wymaga od niej wystąpienia z jej macierzystego zgromadzenia, ale pomimo bardzo już złego stanu zdrowia była gotowa to uczynić. Sprawa ta bezustannie zaprzątała jej myśli, niejednokrotnie rozmawiała o tym z ks. Michałem Sopoćką oraz swoimi przełożonymi. Kiedy w końcu otrzymała zgodę na odejście z klasztoru, opuściły ją siły, przeżywała też właśnie drugą noc ciemną. Zrozumiała wtedy, że chociaż stworzyła regułę i fundamenty nowego zgromadzenia, to nie ona osobiście będzie je zakładała. I tak też w Wilnie, w 1942 roku, sześć kobiet złożyło śluby prywatne na ręce błogosławionego księdza Michała Sopoćki. Był to początek Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, które oficjalnie zostało uznane 25 sierpnia 1947 roku. W ten sposób wypełniła się ostatnia część Orędzia Bożego Miłosierdzia. Nie jest to jednak koniec misji siostry Faustyny – trwać będzie nadal, aż do ponownego przyjścia Jezusa.

Eugeniusz Kazimirowski, Jezu ufam Tobie, 1934; foto: Wikimedia Commons
Eugeniusz Kazimirowski, Jezu ufam Tobie, 1934; foto: Wikimedia Commons

Beatyfikacja i kanonizacja

Po śmierci siostry Faustyny zaczął się bardzo szybko szerzyć kult nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia – nie był on jednak zatwierdzony przez Watykan (ani nawet przez polski Kościół), nie posiadał też żadnej ujednoliconej, wspólnej dla wszystkich diecezji formy. Przez długi czas siostry ze zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia, razem z księdzem Michałem Sopoćką, starały się o uznanie objawień oraz o zgodę na odprawianie nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia w takiej formie, w jakiej Jezus przekazał je w tychże objawieniach. Dopiero osobista interwencja i zaangażowanie biskupa Karola Wojtyły pozwoliły nadać sprawie właściwy bieg – nakazał on rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, zdając sobie sprawę z tego, że jeżeli siostra Faustyna zostanie ogłoszona błogosławioną, będzie można zacząć szerzyć kult Bożego Miłosierdzia. Sprawa ta była mu cały czas bardzo bliska, jako biskupowi, kardynałowi i ostatecznie papieżowi. Często jest to wiązane z jedną z wizji świętej – widziała ona rosnący kult Bożego Miłosierdzia jako budowlę, wspartą na dwóch filarach. Jednym z nich była ona sama, drugim ksiądz Michał Sopoćko. Widziała też rękę, która ostatecznie zakończy budowę – wielu odczytuje to jako udział św. Jana Pawła II w szerzeniu Orędzia. To on przecież wyniósł polską zakonnicę na ołtarze, on też ustanowił w Kościele święto Bożego Miłosierdzia w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, tak jak chciał Chrystus.

Beatyfikacja siostry Faustyny odbyła się 18 kwietnia 1993 roku, w pierwszą niedzielę po Wielkanocy na placu świętego Piotra w Rzymie po przewodnictwem św. Jana Pawła II. Było to równoznaczne z zezwoleniem na jej kult publiczny. Wspomnienie liturgiczne błogosławionej Faustyny Kowalskiej ustanowiono w Polsce na 5 października, czyli na dzień jej odejścia do Pana. Kanonizacja miała miejsce 30 kwietnia 2000 roku, również w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Tak jak podczas beatyfikacji – mszy w Watykanie przewodniczył Jan Paweł II.  Po tym wydarzeniu Międzynarodowa Akademia Bożego Miłosierdzia, działająca przy sanktuarium w Łagiewnikach, rozpoczęła starania, aby ogłosić Faustynę Kowalską doktorem Kościoła.

Łagiewnickie sanktuarium, w którym znajduje się grób świętej siostry Faustyny Kowalskiej, odwiedza rocznie około dwóch milionów pielgrzymów z całego świata. Obraz „Jezu Ufam Tobie” wisi niemal w każdym kościele, „Dzienniczek” jest wciąż wznawiany i tłumaczony na kolejne, nieraz egzotyczne języki. Obecnie znajdujemy się w jubileuszowym Roku Miłosierdzia Bożego. Można więc śmiało powiedzieć, że posłannictwo siostry Faustyny się na zakończyło, ale trwa nadal.

Źródła: E. Czaczkowska „Siostra Faustyna. Biografia Świętej”, faustyna.pl, faustyna.eu, wiara.pl, Wiki

Przekaż wieści dalej!

Aleksandra Moskwa

Aleksandra Moskwa

Z wykształcenia polonistka, obecnie poświęcająca się wychowaniu córki. Katoliczka zakochana w Duchu Świętym. Zawsze z książką w ręku i w miarę możliwości ze słuchawkami z dobrą muzyką na uszach. Niepoprawna optymistka. Blogerka

Więcej artykułów autora

Śledź mnie na:
Facebook

Pozostaw swój komentarz

kontrrewolucjanet